Friday, June 14, 2013

O tym, co w przemyślu miemy o snach.



Od wieków sny fascynowały. Pokazywały przyszłość narodów i związków małżeńskich. Pewnie nie raz zmieniły losy historii, jeśli władcy poddali się tym, którzy twierdzili, że potrafią z ich snu wyczytać jakie decyzje będą najsłuszniejsze. Potem przyszedł Zygmund Froyd i swoja psychoanaliza popsuł wszystko. Od tego czasu jest coraz gorzej. W końcu do snu dobrała się neurologia ze swoimi gadżetami i metodami naukowymi.

            Postaram się wytłumaczyć, co o śnie mówi się w przemyślu. 

Zacznę może od opisu własnego snu, który swego czasu wprawił mnie w zadumę. Miałem w podstawówce kolegę Rysia. Dzieciak z biednej rodziny, który miał dodatkowo to nieszczęście, że będąc berbeciem wparadował na czworaka w miednicę pełną wrzątku. W wyniku poważnych poparzeń, miał zdeformowane obydwie dłonie. Kontakt mi się z nim urwał w siódmej klasie. Aż do czasu końca, moich przedłużanych niechęcia do munduru wojskowego, studiów, nie widzieliśmy się ani razu. W moje ostatnie studenckie wakacje pojechaliśmy, z kumplem, (z którym zresztą tez chodziłem do tej samej podstawówki) „na robotę” do Holandii. Roboty nie znaleźliśmy wiec szwendaliśmy się po muzeach, zaliczając, co ciekawsze kolekcje. Pewnego razu siedzieliśmy na ławeczce w Muzeum Królewskim w Amsterdamie i kontemplując jedno z ważniejszych dziel któregoś z mistrzów flamandzkich. Podszedł do nas elegancko ubrany facet i zwrócił się do nas, nie dość że po polsku, to jeszcze po imieniu. Zerknęliśmy z kumplem na siebie. Każdy z nas doszukiwał się w twarzy drugiego odpowiedzi na pytanie: „Co jest grane, skąd on nas zna, kim w ogóle jest i co pracownicy polskich służb bezpieczeństwa robią w Muzeum Królewskim?” Jednak, kiedy nieznajomy podał nam do uściśnięcia prawicę, już wiedzieliśmy, z kim mieliśmy przyjemność. To był Rysio. Okazało się, że od paru lat pracował w Amsterdamie i przychodził często z odwiedzającymi go znajomymi. Rozmowa trwała może 15 minut potem nasz kontakt znowu się urwał, tym razem już na zawsze. Wiele, wiele lat później, ni stad z owąd Rysio mi się przyśnił. Następnego dnia, podczas rozmowy telefonicznej z moją mamą, wyspowiadałem się z tego snu, bo moja mama lubi pastwić się nad snami, analizować, dociekać ich znaczenia i martwic się ich treścią na zapas. Okazało, się, ze dnia poprzedniego przeczytała nekrolog Rysia, w jednej z zakupionych gazet. Zaintrygowany takim zbiegiem okoliczności zacząłem się zastanawiać jak to było możliwe. Na pewnej grupie dyskusyjnej, poświęconej zjawiskom paranormalnym, w nadziei uznania mego snu proroczym, tamtejszy ludek, zaczął dopytywać, czy przypadkiem z kimś o Rysiu nie rozmawiałem ostatnio, czy nie przeczytałem o nim gdzieś w lokalnej gazecie i o jakieś inne skojarzenia, które mogły się w pośredni, albo bezpośredni sposób z Rysiem łączyć. Nic takiego sobie nie mogłem przypomnieć, a uczestnicy tamtej grupy nie potrafili zadać innych pomocniczych pytań, które mogły mnie przekonać, że mój sen proroczym nie był. Jednak nie dawał mi on spokoju i od czasu do czasu pamięć o nim wracała. 

Już wtedy, od kilku lat medytowałem i mniej więcej w tym czasie zacząłem się interesować się technikami wizualizacyjnymi. Jedna z nich polega na tym, że trzeba sobie przypomnieć i wyobrazić w najdrobniejszych szczegółach, wszystko to, czego byliśmy świadkami danego dnia. Od momentu obudzenia. Obrazy, dźwięki, zapachy, emocje itd. Na początku cały dzień przypominamy sobie w kilka minut, ale po jakimś czasie zaczynamy mieć świadomość, jaki ogrom informacji, zostaje przyjęty przez nasze zmysły i zinterpretowany przez mózg, a o których świadomie nie zdawaliśmy sobie sprawy. Tak jak na początku mogłem przebieg, całego dnia wyobrazić sobie w kilka minut, to po kilku miesiącach potrzebowałem poł godziny, żeby przebrnąć przez parę pierwszych godzin w miarę nudnego dnia. Mało tego, były takie sesje, ze przebrniecie przez kilka minut wydarzeń z dnia, zajmowało mi dłużej, niż odbyło się w rzeczywistości, jeśli chciałem przywołać wszystko, co zapamiętałem, co do mnie wtedy dotarło. 

Ale, po co o tym pisze i przywołuję tę technikę. Po to, żeby pokazać to, że sceptyczny ludek na grupie o zjawiskach paranormalnych miał rację w doszukiwaniu się skojarzeń. Tylko ja nie potrafiłem ich znaleźć. A to było cos, co wpadło mi katem oka/ucha, zostało przez mój mózg przyjęte, zinterpretowane i odłożone w niepamięć, a jak się później okazało, zostało wywołane, wiele lat później. Żeby skutecznie przekazać to, co teraz chce napisać, musze wyjaśnić, w ogromnym skrócie, co mniej więcej wiemy w przemyślu na temat jak działa pamięć i co ma sen z nią wspólnego. Nie wszystko jest jeszcze do końca jasne, wrze naukowa debata, ale to, co już wiadomo zaczyna się składać w logiczny obraz zasady działania neurologicznych procesów związanych z zapamiętywaniem i organizowaniem informacji w naszym mózgu. 

Przez wiele stuleci, wyobrażaliśmy sobie pamięć jako system pewnego rodzaju szufladek, do których informacja została przez nas umysł wkładana i wyjmowana. W latach 60tych zeszłego wieku, kanadyjski psycholog Endel Tulving, po raz pierwszy rozróżnił pamięć na pamięć epizodyczną, czyli pamięć zdarzeń oraz pamięć semantyczna, czyli pamięć pojęć i idei. Tym właśnie podkopał, solidnie do tej pory stojący model pamięci „szufladkowej”. 

Obecnie o pamięci wiemy tyle, że nie jest przechowywana w jednym miejscu mózgu. Nie jest to coś stałego. Pamięć to jest stan struktury połączeń neuronowych zmienny w czasie. Zmiany tej konfiguracji są niejako pamięcią. To trochę podobnie jak z dźwiękiem. Dźwięk nie występuje sam. Musi mieć środowisko, nośnik jak np. powietrze, żeby zmienić w nim ciśnienie i się przemieszczać. Zmiana tego ciśnienia, jest właśnie dźwiękiem i może być słyszana i rejestrowana. Podobnie jest z pamięcią. Dla niej środowiskiem są polaczenia neuronowe w mózgu. Ona cały czas tworzy nowe, zamyka niepotrzebne, wzmacnia te, które są bardziej potrzebne lub trenowane przez powtarzanie jakiś czynności czy oglądania jakiegoś obrazu. Przemieszcza impulsy z jednego miejsca mózgu na drugie. Co ma z tym wspólnego sen? Ma tyle, że podczas snu w stanie REM (Rapid Eye Movement), wtedy, kiedy śnimy, mózg dokonuje konsolidacji pamięci i tworzenia nowych skojarzeń. Badania pracy mózgu będącego w fazie REM, wykazały, że aktywność prawie wszystkich jego rejonów jest identyczna do tej, jaka występuje podczas jego pracy na jawie. Jedna z różnic jest to, że w organizmie nie są wydzielane neuroprzekaźniki takie jak norepinefrina, serotonina, histamina, których brak powoduje to, że u zdrowego osobnika, ciało w czasie snu REM staje się bezwładne. To co się dzieje w czasie kiedy mózg jest aktywny w tej fazie, to odgrywanie jeszcze raz, sytuacja, w których uczestniczyliśmy w ciągu dnia. Te kilka minut podczas snu to krytyczny moment dla procesu zapamiętywania, a wiec i nauki, co zostało potwierdzone wieloma badaniami na zwierzętach i ludziach, w których sen był przerywany natychmiast po wejściu badanego w stan REM. Z testów tych wynikało, że ci badani mieli większe problemy z wykonaniem zadań, których nauczyli się poprzedniego dnia, niż badani z grupy kontrolnej, których sen nie był przerywany. Aktywność mózgu podczas snu, podobna do aktywności mózgu na jawie, jest jednak myląca dla ośrodków, które przetwarzają dane pochodzące od naszych receptorów, które za wszelka cenę starają się zinterpretować sygnały kiedy znajdą się one w ich obszarze. W związku z tym, że nie potrafią robić nic innego jak tylko interpretować bodźce pochodzące z jednego rodzaju receptorów, kiedy sygnały pojawią się w ich obszarze, interpretują je tak jakby pochodziły z receptora, z którym w ciągu dnia współpracują. Dochodzić, więc może do paradoksalnych sytuacji, w których sygnały, które mogą reprezentować doznanie np. dźwiękowe, w obszarze odpowiedzialnym za interpretacje sygnału pochodzącego z naszych oczu, zamienią się w dostojnie wyglądający kotlet schabowy, i ten właśnie kotlet w tym momencie, zobaczymy podczas snu. Innymi słowy. Sygnały elektrochemiczne w procesie konsolidacji i tworzenia nowych skojarzeń, przelatują przez wszystkie dostępne części mózgu, odpowiadające za interpretacje wszystkich bodźców pochodzących ze wszystkich receptorów jak słuch, dotyk, wzrok, zapach, ale tez przez te obszary, które są odpowiedzialne za emocje, planowanie itp. Te wszystkie sygnały zostają zinterpretowane w poszczególnych obszarach i przetworzone przez obszary w płacie czołowym, jako doznania podczas snu. Dlatego czasami śnią nam się, nieprawdopodobne rzeczy, których nigdy wcześniej nie doświadczyliśmy. Wtedy często dzieje się tak, że nawet jeśli „widzimy” podczas snu dana sytuacje, to nie potrafimy jej później opowiedzieć, bo nie ma przełożenia na język tak zinterpretowanego sygnału, bo został on zinterpretowany w cos co np. nie istnieje niemniej jednak musiał zostać jakoś pokazany jeśli dostał się w obszar interpretacji informacji wzrokowej. Zawartość tych obrazów podczas snu mogła nam się wydawać zupełnie klarowna i oczywista, czasami możemy nawet je jeszcze raz wyobrazić, ale nie opowiedzieć, bo te obrazu nie maja żadnego sensu, dane przedmioty nie istnieją, nie można ich, zatem ubrać w słowa. Czasami jednak to robimy, ale jest to już nadinterpretacja. Miedzy innymi, dlatego po normalnym przebudzeniu z pełnego snu, pamiętamy jedynie ok. 5% tego, co nam się śniło w fazie REM, reszta może być jednak odłożona na później. 

Jeśli to jest mało czytelne, to postaram się użyć analogii z użyciem sprzętu komputerowego. 

            Nie każdy jest programista, ale sądzę, że komputery zadomowiły się już tak dobrze, że chyba każdy orientuje się mniej więcej w ich budowie. W wielkim uproszczeniu, więc. W komputerze wszystkie główne procesy odbywają się w pamięci RAM. Dane są tam zapisywane i zmieniane. Mamy obszar pamięci roboczej, obraz obsługi portów, urządzeń wejścia wyjścia. Mamy też obszar pamięci, która odpowiada za to, co widzimy na ekranie. Jeśli zmienimy zawartość fragmentu tej pamięci to rozświetlimy albo zgasimy jakiś piksel na ekranie. Załóżmy teraz, ze napiszemy programik, który będzie bezmyślnie i chaotycznie zmieniał zawartości w komórkach całej pamięci komputera (puryści od programowania nie czepiać się, to jedynie uproszczenie). Co się będzie działo? Okaże się, że głośnik w komputerze zabibczy parę razy, że laser myszy zaświeci, ze lampa podłączonego skanera się włączy, że lampki na klawiaturze się zaświecą, ale tez, że na ekranie monitora powstanie jakiś niewiele mówiący obraz. To jest właśnie komputerowy ekwiwalent snu. Mało tego. Jeśli napiszemy jakiś sensowny program, ale zamiast uruchomić go w przeznaczonym do tego obszarze pamięci, uruchomimy go w obszarze pamięci graficznej, to wynik działania tego kodu również wygeneruje powstanie jakiegoś obrazu.

            Kontynuując wyjaśnienia. Od około dwóch dekad, dość popularne w przemyślu jest tłumaczenie procesów myślowych przy użyciu mechaniki kwantowej. Zabrał się za to nawet Roger Penrose, ikona fizyki teoretycznej. Został wtedy wyśmiany przez fachowców, którzy do mózgu podchodzą ze skalpelem, a nie równaniami matematycznymi, jednak obecnie tak sformułowane zagadnienie, ma już sporą rzeszę badaczy. Weźmy wiec pod uwagę cząsteczkę elementarną, która jak głosi mechanika kwantowa, zanim dokonany jest pomiar jej parametrów jest wszędzie na raz i wtedy jej parametry można opisać jedynie falą prawdopodobieństwa. W momencie pomiaru, której z własności cząsteczki, fala prawdopodobieństwa się zapada i ujawnia tę własność. Powróćmy do snu. Załóżmy, że w czasie REM to z czym mamy do czynienia to właśnie cos w rodzaju fali prawdopodobieństwa. Informacja senna jest w całym mózgu na raz. Dopiero w momencie próby jego jej interpretacji, przez któryś z obszarów mózgu zapada się i ujawnia tę prawdziwą albo wyimaginowaną.   

Powrócę teraz do mojego snu. W parę lat później podczas jakiejś rozmowy z nasza kuratorką w pracy, przypomnieliśmy sobie rozmowę, którą prowadziliśmy wcześniej o pewnym obrazie flamandzkim, który amsterdamskie muzeum miało wystawić na aukcji, w jednym z nowojorskich domów aukcyjnych, na której to, ta koleżanka była. Sprawdziłem w emailach i wszystko nagle stało się jasne. To było dokładnie tego dnia, kiedy miałem ten sen. Moje skojarzenia podczas snu musiało przebiegać nastepujacym torem: 

1. nowojorski dom aukcyjny
2. obraz flamandzki, który ma być wystawiony na sprzedaż
3. rozmowa z koleżanką o tym obrazie
4. muzeum w Amsterdamie, z którego pochodził obraz
5. moja wizyta w tym muzeum
6. mój kolega z podstawówki Rysio, z którym się tam spotkałem.

 To, że się to stało tego samego dnia, kiedy moja mama widziała nekrolog Rysia, to jednak już zbieg okoliczności. Mało prawdopodobny, ale jednak. Nie takie się zdarzają. Sądzę, że znalezienie ciągu przyczynowo skutkowego, jak opisałem wyżej, łącznie z przyzwoleniem, że jego zajście mogło się zbiec w czasie z innym wydarzeniem, może być kluczem do tego, aby uciekać się do tłumaczenia danego snu sennikami i doszukiwania się w nim proroctwa. 

            Jak widzimy w tym procesie nie ma nic z kosmosu, światów astralnych czy podsuniętych "palcem bożym" wytycznych na przyszłość czy wyjaśnienia aktualnego stanu rzeczy. Mózg operuje jedynie na tym, co do niego dotarło, niezależnie od tego czy z udziałem naszej świadomości, czy poza nią. Tak to mniej więcej działa i nie jest to już żadna magia. Należy pamiętać, że nasz mózg, jest najbardziej skomplikowanym przedmiotem jaki znamy. A jak skomplikowanym może świadczyć fakt, że liczba neuronów dorównuję liczbie gwiazd w naszej galaktyce, a jest to skromne około sto miliardów. Liczba  polaczeń pomiędzy neuronami dorównuje natomiast, liczbie cząsteczek materii obecnych w kosmosie. Polecam zatrzymać się tutaj na moment, wziąć głęboki oddech i postarać się, wyobrazić sobie ten bezmiar skomplikowania, jaki jest w tej ważącej jedynie niecałe półtora kilograma galaretowatej masie. A potem zastanowić się, co taki aparat jest w stanie wytworzyć, jak wrażliwy musi być.

Proroczymi snami tłumaczy się również zjawisko zwane deja vu. Ludzie mówią, że po wielu latach zdarzają im się sytuacje, w których są przekonani, że to, czego właśnie doświadczają, śniło im się kiedyś. To też wymaga pewnego wyjaśnienia, bo jest to związane z opisanymi wyżej procesami zachodzącymi w czasie snu związane, choć Alan Brown w swej książce „The Deja Vu Experience” podaje 30 przyczyn występowania tego zjawiska. Jednak zajmijmy się tylko tą, która może być związana ze snem. 

Obrazy i wszystkie inne interpretacje, jakie powstają podczas snu, są niezwykle rozmyte (wyżej przywołałem do opisu tego stanu „fale prawdopodobieństwa”) , choć wtedy nasza świadomość ich szczegolow wydaje się być dość klarowna. To jest podobne do następującego zjawiska. Ktoś pokazuje chmurę, albo liściaste drzewo i pyta co widzimy. A my odpowiadamy, że chmurę, albo drzewo. Na to ta osoba mówi: „a twarzy nie widzisz o tu, tu”. I wszystko nagle staje się oczywiste jak np. twarz Jezusa na toście. W chmurach i na drzewie jest zapisana twarz. Ktoś inny może w tej samej chmurze zobaczyć króliczka, albo kotka. My jednak nie widzimy nic, dopóki ktoś nam nie wspomni, na co mamy zwrócić uwagę i nagle wszystko, co powinno się objawia („fala prawdopodobieństwa” się zapada). Może znowu posłużę się tu analogia z komputerów, tym razem z grafiki. Załóżmy, że jest zdjęcie kotka. Nie widzimy go, ale widzi go osoba, która również bierze udział w tym doświadczeniu. Jeśli rozmydlimy ten obrazek odpowiednio silnie przy użyciu narzędzia blur czy szum, to kontury kotka na zdjęciu się zatrą do tego stopnia, że stwierdzenie, co przedstawia te zdjęcie będzie już niemożliwe. Jednak w pamięci komputera wszystkie operacje, jakich dokonaliśmy będą zapisane i o będzie możliwe odwrócenie całego procesu. Jeśli teraz współtowarzysz eksperymentu, powie że na obrazku jest kotek, przy odrobinie szczęścia i przymrużonych oczu może jesteśmy w stanie tego kotka tam dostrzec. Jeszcze lepiej nam pojdzie jeśli odwrócimy caly proces rozmydlania kotka. Ten nieostry obraz, z którego w odpowiednim momencie zostaje wywołana szczegółowa informacja, to jest to stan pamięci, który nasz mozg przechowuje. Jednak zamiast jednego kotka mamy miliony takich obrazków, przeżyć, doznań. 

Wyobraźmy sobie teraz, że nawet w kilka lat później, jesteśmy w jakimś miejscu czy sytuacji i cos w niej powoduje (może to być zapach, drobny szczegół) i nagle wydaje nam się, że już tu byliśmy. Wtedy właśnie nastąpiło to odwrócenie procesu rozmydlania obrazka. Z chmury nieostrych obrazów nagle zostaną przywołane te elementy, które sprawia wrażenie, że w naszej pamięci faktycznie jest coś, co wskazuje na to, że musieliśmy już wcześniej przeżyć sytuacje, której doświadczamy obecnie. Jest to zwykle oszustwo naszego umysłu, ale on nam robi znacznie gorsze rzeczy, praktycznie co chwila. 

            Jeśli to co napisałem wyżej nadal nie przekonuje, to załóżmy jednak, że mamy prorocze sny. Jak się o tym przekonać na pewno, że za każdym razem kiedy znajdziemy się w nowej sytuacji, a będziemy mieli wrażenie, że już tu byliśmy. W jaki sposób, przekonać o tym naszych znajomych. Możemy jedynie przysięgać, że byliśmy już tu, że już to widzieliśmy, jednak słowa nie maja wielkiego znaczenia w takich sytuacjach. Każdy, do kogo się zwrócimy, z naszą rewelacją będzie musiał nam uwierzyć na słowo, albo popuka się w czoło. Nie mamy żadnego dowodu na to, że tak faktycznie było. Dlatego jeśli mamy bogate życie senne i chcemy się bawić w takie rzeczy musimy sny zapisywać. Jednak nawet zapisywanie tuż po przebudzeniu, to jest za mało. Podczas rejestracji lub wymiany informacji, w której istotne są elementy graficzne, słowa nie maja wielkiego znaczenia. Każdy w swojej głowie widzi rzeczy inaczej, wiec żeby dobrze przekazać, to jak sobie rzeczy wyobrażamy, musimy to przekazać graficznie. Często okazuje sie, ze pewnych rzeczy się nie da narysować, bo relacje miedzy obiektami, są w rzeczywistości nie do spełnienia. Wtedy jak jest już narysowane wszyscy wiedzą, o co chodzi i często, słychać: "a bo ja myślałem, z tego co mówiłeś, ze to ma być tak i tak, a ty narysowałeś co innego". Dlatego np. ludzie zajmujący się grafiką, czy filmem do komunikowania swoich wizji z klientami posługują się czymś, co nazywa się storyboard, czyli szkicami, które przedstawiają najważniejsze elementy obrazu i jego zmiany w czasie. Jeśli chcemy udowodnić, ponad wszelką wątpliwość, że cos takiego nam się naprawdę kiedyś przydarzyło, musimy zaprezentować, zapis naszego snu w takiej właśnie wizualnej postaci, możliwie najszybciej po przebudzeniu. Wtedy, kiedy będziemy mieli deja vu, w miejscu w którym nigdy wcześniej nie byliśmy, będziemy mogli wyciągnąć z kieszeni notesik. Pokazać palcem i powiedzieć np.: „za tym budynkiem jest szopa, a w szopie kowadło”. Wtedy się okaże, ponad wszelką wątpliwość, że mamy prorocze sny.

Jednak zanim do tego dojdzie, o tym żeby się przekonać, jak zawodny, albo raczej zwodniczy jest nasz umysł, zróbcie pewne doświadczeni. Kiedy wstaniecie kiedyś po nocy, w czasie której przyśniło nam się cos ciekawego, starajmy się to zapisać z jak największymi szczegółami. Potem zostawcie to na parę miesięcy i bez zaglądania, na innej kartce postarajcie się zapisać ten sen jeszcze raz i po następnych kilku miesiącach jeszcze raz. Jeśli nie będziecie specjalnie kultywować w pamięci wydarzeń z tego snu, może się okazać, że każdy kolejny zapis tego snu, dość znacznie rożni się od poprzednich, i to nie w ilości zapamiętanych szczegółów, ale nawet z głównych watkach i postaciach w nim występujących. 

Tak to mniej więcej to działa i jak pisałem wcześniej nie jest to już magia. Nasz mozg to jest naprawdę nieprawdopodobnie skomplikowana maszyna, która zaczynami dopiero poznawać, ale to co już poznaliśmy pozwala nam już dość skutecznie wykluczyć pewne zjawiska, od lat uważane za domenę zjawisk paranormalnych.




Thursday, May 9, 2013

Dłutowanie

    Ósma rano. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz, nastawiłem budzik tak wcześnie. Szedłem do dentysty na dziewiątą, wiec musiałem się było jakoś przygotować, tym bardziej, że zapowiadało się wyrywanie. Jednak może zanim zajmę się opisem ekstazy podczas samego wyrywania, to opowiem jak do konieczności wykonania tego zabiegu doszło.

    Była sobota. Środek nocy. Czekaliśmy z Leszkiem na pętli autobusów nocnych przed salonem meblowym Emilka, wzdłuż którego stal ciąg szarych ludzi, mających nadzieje, że za kilka miesięcy uda im się kupić upragnioną meblościankę, czy inna szafę z płyty paździerzowej. Siedzieliśmy wygodnie na pustej ławce przystanku, z niesmakiem, sącząc ostatnie, cieple już piwa. Przez ulice przechodziła grupka ludzi. Dwie kobiety, trzech mężczyzn. Cos krzyknęli w naszym kierunku. Nie pamiętam, bym w odpowiedzi, rzucił w ich kierunku coś obraźliwego z wyjątkiem paru przyjacielskich „kurew”. Od grupki, oderwał się podtatusiały osobnik i tak energicznie, na ile pozwalała jego tusza i wpływ spożytego w sporej ilości alkoholu, podszedł do nas. Nie zawracałem sobie jednak nim głowy. Na pewno poprosi o papierosa, albo spyta, która godzina, pomyślałem. Zanim jednak usłyszałem, rozpoczynające kulturalną rozmowę: „Dobry wieczór. Przepraszam, że niepokoję” poczułem uderzenie w szczękę, na tyle silne, że siłą nabranego rozpędu, moja głowa zaliczyła jeszcze metalowy słupek podtrzymujący daszek przystanku. Chyba, urwał mi się na chwile film, ale nie do tego stopnia, żebym nie podjął w tak ciekawy sposób zagajonej rozmowy. Następne, co pamiętam, to jak w zwolnionym tempie, szamoczę się z moim adwersarzem i staram sobie przypomnieć cos z judo. Nie wiem, dlaczego, ale zawsze na zajęciach trafiał mi się osobnik najcięższy w grupie, co teraz zaowocowało klasycznie wykonanym rzutem, O-Goshi, czyli klasyczny rzut przez biodro. Tu znowu urwał mi się film, a kiedy nastąpiła kolejna odsłona, siedziałem okrakiem na klatce mojego rozmówcy, moje paznokcie mocno wbijały się w wewnętrza powierzchnie dłoni, która powoli formowała się pieść. Pod sobą widziałem twarz mojego dyskutanta, która wyrażała bezgraniczne przerażenie. Spojrzałem w około. Leszek zapalczywie przekonywał o czymś resztę towarzystwa. Nikt więcej nie powiedział ani słowa. Kobiety były dziwnie blade. Wyglądało na to, że moje argumenty przekonały towarzysza rozmowy. Zaproponowałem, żeby na jej zakończenie powiedział „Przepraszam Pana”, co tez niezwłocznie, drżącym głosem uczynił. Schodząc, z jego tłustego cielska, poczułem ból w kolanie. Spojrzałem na nie: „Cholera. Rozprułem prawie nowe jeansy. Matka mnie zabije”. Właśnie zaczęły się zjeżdżać autobusy. Dopiliśmy resztki piwa, postawiliśmy butelki przy śmietniku, żeby zbierający je rano bezdomni, nie musieli po nie nurkować w koszu. Pożegnaliśmy się i ja utykając z lekka pobiegłem do mojego nocnego linii 607.

    Bez przygód dojechałem na moje osiedle. Jak zwykle o tej godzinie, poszedłem na zaplecze sklepu i zgarnąłem butelkę mleka i bułkę paryską. Utopiłem zęby w chrupiącym pieczywie, ale nie zdążyłem oderwać go od ust, kiedy ktoś zaświecił mi w oczy ostrym światłem, a z boku usłyszałem: „To ten. Trzymać go”.  Nie było, po co uciekać, z reszta bagietka była taka smaczna. Zza światła latarki wyłonił się milicjant. Grzecznie spytał: „Co to jest” chcąc złapać za koniec bagietki. Nie chciałem tłumaczyć oczywistości, jednak szybko zabrałem bułkę, nie, dlatego, że mogła stać się materiałem dowodowym, ale dlatego, że miałem ochotę na drugiego kęsa. Podeszli inni. Otyła kobieta wygrażając mi palcem tuz przed nosem wrzeszczała: „Odechce ci się kraść, złodzieju”. Już miałem wyrzucić z siebie stek inwektyw, ale zorientowałem się, że muszę wpierw uporać się z połknięciem bułki. Chyba nadchodzący kac, zaczynał dawać znać o sobie, bo nie było to łatwe. W tym momencie jeden z otaczających mnie, wyrwał mi z ręki moja ostatnia nadzieje, na pokonanie tego, co miałem w ustach, butelkę mleka. To było już za dużo. Wyplułem to, co miałem w ustach kobiecie pod nogi i krzyknąłem jej prosto w twarz: „Przecież zapłaciłem”. „I jeszcze bandyta kłamie.” Odpowiedziała. Milicjant złapał mnie za ramie i poszliśmy na zaplecze. Zaświecił latarką na kratki z mlekiem. Na jednej z butelek leżał banknot dziesięciozłotowy, przekraczający swa wartością ponad dwukrotnie wartość rynkową pieczywa i mleka, które nabyłem.  „No i co?” rzuciłem z triumfem. Zamaszyście ugryzłem spory kawal buły, wyciągnąłem z kratki nowa butelkę mleka i kuśtykając odmaszerowałem w kierunku domu. „Ale żeby mi to było ostatni raz!” krzyczała kobieta i oczami wyobraźni widziałem jak chowała mój banknot do kieszeni.

    Kiedy przyszedłem do domu już świtało. Ojciec miał zaraz wstać, wiec nie chciałem blokować mu łazienki i tym bardziej uniknąć powracającego pytania: „Co? Znowu się uchlałeś?”. Nawet nie umyłem zębów. Walnąłem się na przemyślnie, posłane wcześniej przez zapobiegliwą mamę lóżko i natychmiast zasnąłem. Obudziłem się o dziesiątej. Spałbym pewnie dłużej, ale obudził mnie ból. Nawet do końca nie wiedziałem co mnie bolało. Jedna z przyczyn zlokalizowałem, kiedy wstawałem z łóżka. Było to kolano. Drugim powodem była szczęka. Wszystkim jednak dyrygował kac, a ból głowy, grał pierwsze skrzypce.  W łazience zdjąłem spodnie. W kolanie miałem dość paskudnie wyglądającą dziurę. Obmyłem ją ciepłą wodą i zajrzałem do lustra. No tak. To nadal byłem ja, ale nieco szerszy w twarzy niż zwykle. Spuchnięta szczęka zaczęła mi przypominać wydarzenia poprzedniej nocy. Nie mogłem jednak zrozumieć dlaczego moja twarz była nadal symetryczna, skoro dostałem tylko jeden cios z lewej strony. Postanowiłem przesłuchać jedynego dostępnego, naocznego świadka. Zadzwoniłem do Leszka. „Ty, co się wczoraj działo?”. „Jak twoje kolano” zapytał zamiast od razu wczuć się w role przesłuchiwanego. „A w sumie dobrze, a co?” odpowiedziałem niewiele mijając się z prawdą. „No, bo żeś się nieźle z tym grubym zawinął” zaczął wyjaśniać Leszek. „Że niby co?” postawiłem kolejne rzeczowe pytanie. „Domyślam się, że chciałeś go przerzucić, ale chyba ci się nóżki ugięły. Niewiele brakowało, żeby to on na tobie wylądował. Pamiętasz jak wyciągałeś denko od butelki?” „Jakiej butelki?” nie mogłem przypomnieć sobie przebiegu zdarzeń. „Przecież butelki odstawiliśmy pod śmietnikiem”. Starałem się udowodnić, że moja pamięć, nie jest jeszcze taka kiepska. „Nie, tej, na którą wylądowałeś z tym grubym”. Kurtyna niepamięci nagle się otworzyła. Faktycznie tak było. Mój plan uporania się z tłustym ciałem przeciwnika zakładał wykonanie rzutu, który wydawało mi się, że został mistrzowsko wykonany, do momentu, kiedy moje nogi odmówiły posłuszeństwa i ugięły się pod naporem nadmiaru obcego ciała. Wtedy moje lewe kolano miało bliski kontakt z denkiem od zamiecionej na stertę piachu, butelki po winie. Podziękowałem Leszkowi za wyjaśnienia, umówiłem się kontrolnie na piwo i choć zupełnie zapomniałem, po co do Leszka zadzwoniłem, jego wyjaśnienia zdawały się odpowiedzieć na wszystkie nurtujące mnie wtedy pytania. Znalazłem się znowu w łazience i ponownie zajrzałem w lustro. Gęba była spuchnięta tak jak podczas poprzedniego w nim występu. Zacząłem myc zęby i wtedy cos chrupnęło, pokazały mi się gwiazdy i na podłogę wypadł kawal zęba otulony fioletowa amalgamatową plombą. Rozdziawiłem się, do lustra, żeby obejrzeć zniszczenia od wewnątrz. No tak. Dolna lewa piątka. Z zęba nie było prawie co zbierać. Została tylko, jedna niewielka ścianka. „Nic to” pomyślałem, „Jakoś się dosztukuje” i kontynuowałem szczotkowanie, co jakiś czas zagryzając szczoteczkę z bólu. Może to będzie jakaś wymówka, żeby być zwolniony z najbliższego kolokwium z teorii wysokich napięć.

    Minął jeden dzień i następny. Niechętnie przeglądałem pożyczone notatki z wykładów i starałem się zrozumieć, po co muszę obliczać długość kroku operatora traktora, który biegnie po mokrej ziemi w czasie burzy z piorunami, które uderzają w glebę raz za razem, aby nie został porażony prądem. Kto przy zdrowych zmysłach orze pole podczas burzy? No, ale na tych zajęciach, założenie było pewnie takie, że prawa fizyki były ważniejsze niż prawa logiki, i należało się z nimi zapoznać i umieć rozwiązywać problemy z jakimi borykają się rolnicy, w celu wykonania kolejnej pięciolatki. Minęła trzecia. Czas było na kolejna kawę. Chciałem wstać z krzesła, ale moja lewa noga odmówiła posłuszeństwa i zlekceważyła polecenie zgięcia się w kolanie. „Co znowu?” pomyślałem. Ściągnąłem spodnie od dresów i moim oczom po wewnętrznej części uda ukazała się sina pręga. „Zakażenie?” przemknęło mi przez moment, ale niby od czego? Starałem się rozchodzić, ale bezskutecznie.

    W kilka minut później przyszedł z pracy ojciec. Przyglądał się chwilę moim mizernym próbom rozruszania nogi. „Pokaż” powiedział głosem nie znoszącym sprzeciwu. Usiadłem i na kanapie i pokazem, to co pojawiło się na mojej nodze. „Ubieraj się” powiedział tym samym głosem „Jedziemy do lekarza”. Założyłem spodnie i jakoś dokuśtykałem do naszego Fiacika 126, którym ojciec podjechał tuz przed wejście do budynku. Podczas jazdy ojciec odezwał się tylko raz. „No to teraz to żeś się już doigrał”, resztę drogi do Szpitala Praskiego, w którym się urodziłem, i na co wskazywała zasępiona twarz ojca, być może przyjdzie mi skończyć, jechaliśmy w milczeniu. Zarejestrowaliśmy się i nie wiem czy zadziałała siła perswazji ojca, której z powodzeniem używał w czasie kryzysu aby, kupić spod lady zupełnie niedostępne produkty, czy tez mój stan był naprawdę taki poważny, to pomimo, że do przyjmującego lekarza czekało kilka osób, to ja wszedłem jako następny. Kiedy usiadłem na obrotowym metalowym zydlu, zajrzał mi w gardło i kazał powiedzieć AAA. Kiedy już zacząłem powątpiewać, że znalazłem się we właściwym gabinecie, rzucił oschle: „zdejmuj spodnie i połóż się na leżance”, co też uczyniłem. Przyglądał się chwile ranie. Nacisnął skórę, spod której wyciekł żółty, gęsty płyn. Nie odrywając oczu od rany, spytał: „jesteś uczulony, na środki znieczulające?” Jedynym takim środkiem, jaki znalem, to był alkohol, wiec zeznałem zgodnie z prawda, że tylko w dużych ilościach. Następnie poprosił pielęgniarkę, żeby napełniła 10 mililitrowa strzykawkę jakaś cieczą. Usłyszałem jak wymienił kilka nazw związków chemicznych. Od razu przypomniało mi się, jak z sąsiadem liczyliśmy, w jakiej proporcji należy zmieszać alkohol z solami fizjologicznymi, aby podczas dożylnego podawania, nie nastąpiły skrzepy i aby efekt wyskokowości był bardziej ekonomiczny od tradycyjnego spożycia doustnego. Nasze obliczenia ugrzęzły jednak na etapie teoretycznym. Teraz miałem dostać w żyłę, całe dziesięć centymetrów sześciennych, czegoś, co może i niesłusznie skojarzyło mi się z etanolem. Spieszę wyjaśnić, że na Politechnice znalazłem się głównie, dlatego, bo nie lubiłem chemii. Moje rozmyślania zostały jednak brutalnie przerwane, bo bez żadnego ostrzeżenia urwał mi się film. Kiedy się obudziłem, nad moją głową stali ojciec, lekarz i pielęgniarka. Wszyscy jakby brali udział w zawodach na najbardziej przestraszoną minę. „Dlaczego nie mówiłeś, że jesteś uczulony na tiopental?” krzyczał, właściwie, a nie mówił lekarz. „Skąd miał wiedzieć?” starał się mnie bronić ojciec widząc, że chyba nie za bardzo jestem w stanie mówić, a i nawet nie chciałem. Wszystko w moim ciele było cudownie odrętwiale, co było bardzo przyjemnym stanem i nie chciałem go sobie psuć rozmowa z nieznajomymi. Pielęgniarka podała mi kolejny zastrzyk, po którym już normalnie usnąłem. Kiedy się obudziłem, w miejscu kolana miałem wielka kulę, zrobioną z bandaża, a kiedy stanąłem na nogi wmawiałem sobie, że to ona powoduje to, że kolano się nadal nie zgina. Lekarz spytał jak się czuję. Czy może chce jeszcze posiedzieć, ale powiedziałem, że mam się dobrze. „Jeszcze dwanaście godzin i byłoby po tobie” zawyrokował. Przepisał jakieś proszki. Kazał się zgłosić na zmianę opatrunku i rozeszliśmy się w pokoju. Do domu wracaliśmy również w milczeniu, a po kilku dniach zapomniałem o zajściu, które skutecznie wybroniło mnie na dwa tygodnie z kolokwium z teorii wysokich napiec, ale też pokrzyżowało wszelkie plany związane ze spożywaniem alkoholu. 

    Minęło parę tygodni urozmaiconych imprezami przeplatanymi wycieczkami na uczelnie w celu podpisania listy obecności na obowiązkowych zajęciach jak ćwiczenia czy laboratoria. Po jednej z takich wycieczek wraz z Krzyśkiem moim towarzyszem w studenckiej niedoli, udałem się na Mokotów. Było ciepłe popołudnie. Panowie siedzieli już w Mozaice i sądząc po tym jak głośne zgotowali nam  przywitanie, byli już po paru głębszych. Szybko dołączyliśmy do nich, żeby nie opóźniać współpracy w peletonie, zaczęliśmy mozolnie nadrabiać stracony dystans. Atmosfera była radosna i nawet nie zauważyliśmy jak nastał zmierzch, a później przyszła kelnerka z tacą pełną niezamawianych trunków i oznajmiła. „To już ostatnie. Zamykamy”. Było to jak uderzenie młotkiem w potylicę, na które nikt z nas nie był przygotowany. Co teraz z nami będzie? Co czynić? Gdzie się podziejemy? „Jedziemy do mnie” rzucił mój politechniczny kolega. Znalazły się pieniądze na taksówkę i za parę minut siedzieliśmy już gdzie popadło, w maleńkim pokoiku. Krzysiek poszedł dwa pietra wyżej na pobliska metę i właśnie wkraczał do mieszkania z reklamówką, w której plastiku odciskały się znajome kształty. Wieczór przebiegał niespiesznie. Była muzyka grana z niemałej kolekcji winyli jaką Krzysiek zgromadził dzięki swojemu ojcu przebywającemu w tych lepszych Niemczech. Igłę gramofonu trzeba było jednak podnosić, co jakieś dwadzieścia minut bo po pobliskim moście przejeżdżał pociąg. Odpadliśmy jakoś nad ranem. Obudziłem się kiedy w mieszkaniu było już gorąco. Wszyscy byli już na nogach i krzątali się zaganiając puste butelki do kuchni, gdzie był śmietnik. Było już prawie posprzątanie, wiec nawet nie chciałem stwarzać pozorów, że chciałem pomagać. Przysiadł się do mnie Źniaku, który jak zauważyłem, również nie wyrażał chęci uczestnictwa w odbywających się porządkach. Porozmawialiśmy chwilę o sprawach najwyższej wagi. Źniaku spojrzał na mnie badawczo i z niesmakiem powiedział: „O matko! Jak ci z gęby jedzie”. To oświadczenie zamurowało mnie, bo choć wiadomo, że po pijackiej nocy oddech, niejako z definicji nie jest najświeższy, to pochodziło ono od osobnika, którego uzębienie zawsze przedstawiało obraz nędzy i rozpaczy. Ale Źniaku wiedział, o czym mówi. Przypomniała mi się od razu historia z przystanku na Emilii Plater, a potem ogromna dziura w ułamanym zębie, w której gromadziło się konsumowane jedzenie, w ilości takiej, że mogło wyżywić parę głodnych istnień ludzkich. To była ostatnia kropla, która przepełniła czarę niechęci do wizyty u dentysty. Trzeba było się pogodzić z faktem, że stałem się uciążliwym towarzyszem i trzeba było temu zaradzić.

    W celu naprawienia ubytku w dolnej lewej piątce, zwiedziłem cztery polecone mi przez znajomych mojej mamy gabinety stomatologiczne. Za każdym razem wyrok był identyczny. Trzeba rwać. Żaden dentysta jednak nie chciał się podjąć wykonania tego zabiegu, a jeden, który byłby skłonny, za jego wykonanie zażyczył sobie kwotę, która przekraczała budżet przeznaczony na tego typu ekstrawagancje dla całej rodziny na długą dziesięciolatkę. Kiedy rozpytywałem o, w miarę, taniego chirurga dentystycznego, mój sąsiad, chyba żartem, polecił bym się udał do Zakładu Stomatologii Dziecięcej, Zachowawczej i Chorób Błony Śluzowej Centrum Leczenia Obrażeń Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus, którego nazwę, będąc po kilku piwach i setce pędzonej własnoręcznie, ze świerku fińskiego, jałowcówki, wyrecytował z pamięci. Pomysł udania się do placówki o takiej nazwie i będącej pod takim patronatem uważałem, za tak absurdalny, że postanowiłem spróbować. Przemawiał za tym ważny fakt, że wszelkie zabiegi były w niej darmowe i zupełnie nie odstraszało mnie, to że dokonywali ich studenci, a pacjent pełnili role królików doświadczalnych. Nie dotarło do mnie wtedy, że studentami mogą tam być osobnicy, którzy podobnie jak ja, traktowali swoje obowiązki na uczelni.

    I tu wypełniłem swoja powinność chronologicznego zdania relacji, dlaczego doszło do tego, że wspomniany na samym początku tej opowieści budzik, obudził mnie nieludzko wcześnie.
             
    Wstałem wiec. Umyłem się. Nazwa placówki zobowiązywała, wiec ubrałem się prawie jak na mszę. Założyłem swoja wyjściowa białą tenisową koszulkę, która obdarował mnie kiedyś mój Holenderski kolega i wymknąłem się z domu. W zakładzie stomatologii o długiej nazwie, byłem w kilkanaście minut. Zarejestrowałem się w okienku. Wypełniłem długi formularz i usiadłem w poczekalni. Za kilka minut. Przyszedł chłopak, który wykonał na moim przedramieniu 20 ukłuć, w celu sprawdzenia, na jakie substancje jestem uczulony. Odczekałem aż mój system odpornościowy rzuci się na zmasowany atak alergenów, ale on tez chyba przysypiał, bo jego aktywność była praktycznie znikoma. Według tego testu nie byłem na nic uczulony i można mnie było bez przeszkód wziąć na warsztat.
   
    Zadzwonił szkolny, z brzmienia, dzwonek i przyszli pacjenci zostali poproszeni na sale. Tym samym wejściem wchodzili również ubrani w gustowne białe kitle studenci. Sala operacyjna, było to pomieszczenie o wielkości zwyklej szkolnej sali gimnastycznej, ale po środku, były równomiernie w dwóch rzędach rozstawione fotele dentystyczne z cala niezbędną aparaturą. Po kilku minutach, my pacjenci wypełniliśmy prawie wszystkie fotele. W tym czasie studenci odbywali naradę ze swoim profesorem. Po chwili rozeszli się do wcześniej przydzielonych pacjentów. Mnie przypadł taki zupełnie nijaki chłopaczyna, w grubych okularach o jeszcze grubszych oprawkach. Zadał mi kilka pytań, zapisał odpowiedzi. Zajrzał mi w usta. Znowu cos zapisał. Potem był obchód profesora, który z zapisków studenta wywnioskował, że należy mi się dłutowanie. Kiedy odszedł, student zabrał się za przygotowywanie miejscowego środka znieczulającego. Wstrzyknął mi w dziąsło chyba pięć centymetrów sześciennych, spojrzał na zegarek, odczekał parę minut i stwierdził raczej niż zapytał: „Czubek języka zdrętwiały, lewa strona języka zdrętwiała, w dolnej części jamy ustnej nie ma czucia?”. Zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć zadzwonił dzwonek i studenci opuścili salę. Potem zabrzmiał drugi dzwonek i przy moim fotelu pojawił się inny student, podobnie jak tamten bez cech szczególnych, ale w okularach o cienkich ramkach. Spojrzał w kartę i nie pytając wstrzyknął mi kolejną porcje znieczulenia, a po jakimś czasie, tak samo monotonnym tonem wyrecytował: „Czubek języka zdrętwiały, lewa strona języka zdrętwiała, w dolnej części jamy ustnej czucia nie ma?” Robiłem z językiem co mogłem, żeby spełnić życzenia studenta, ale nijak nie chciał on współpracować. „Nie” powiedziałem. Student zatrzymał się w połowie czynności, którą właśnie wykonywał, tak jakby niesubordynacja mojego języka, pokrzyżowała cały jego misternie przygotowany plan. „Jak to?” zapytał z niedowierzaniem i teraz już zadał pytanie: „Czubek języka zdrętwiały, lewa strona języka zdrętwiała, w dolnej części jamy ustnej czucia nie ma?” „Nie” powtórzyłem zgodnie z prawdą, bo od tamtego czasu nic się mojej jamie ustnej nie zmieniło. Student spojrzał w moją kartę i władował z moje dziąsło kolejne pół strzykawki, tego, co powinno przyprawić  mój język o zdrętwienie, a dolna cześć jamy ustnej o utratę czucia. Odczekał przepisowy czas i pewien siebie wyrecytował niezmienną formułę. „Nie” odpowiedziałem już lekko podirytowany. Pomyślałem, że jak zbliży się do mnie ze strzykawka jeszcze raz, to mu ja zabiorę i wbije w nogę, albo w dowolna cześć jego ciała, która będzie w moim zasięgu. On jednak zakręcił się na piecie i po chwili przyszedł z profesorem. Profesor nawet nie zaglądając w kartę, kilkoma zgrabnymi wkłuciami, władował w moje dziąsło cale dziesięć centymetrów sześciennych. Przyglądał mi się bacznie i kiedy już chciał wyrecytować, znaną mi już aż za dobrze formule, zadzwonił kolejny dzwonek. Wszystkie białe kitle nagle poderwały się znad oprawianych ciał i wyleciały. Z prawej strony ktoś zawodził. Zewsząd było słychać huk spadających narzędzi. Zrobiło się nagle ciemno i zimno. Chciałem wstać, ale moje nogi odmówiły posłuszeństwa. Zrobiło się jeszcze zimniej, a potem stało się już zupełnie ciemno i nie tylko znieczulona była moja lewa cześć języka, ale tez cale moje ciało z pamięcią włącznie.
   
    Kiedy się obudziłem leżałem na rozłożonym fotelu, a na około mnie przepychali się studenci, zainteresowani zapewne czy okładającemu mnie po twarzy profesorowi uda się mnie docucić. Kiedy już wyglądało na to, że powróciłem do świata żywych. Profesor spytał się jak się czuje, odpowiedziałem, żeby  nie zadawalał głupich pytań, ale z moich ust wydobyło się: „ee e eee eeee eeee eeeaa”. Profesor uśmiechnął się niemrawo, kazał studentom wrócić do oprawianych przez nich szczek i odsunął na bok kolejnego studenta, któremu byłem przydzielony i sam się za mnie zabrał. Nie specjalnie mnie to interesowało czym we mnie grzebał. Nic nie czułem, nawet wtedy kiedy używał małego, ślicznego młoteczka, żeby rozbić ząb na części, które następnie sapiąc wyrywał solidnymi obcęgami. Co jakiś czas przecierał mi i sobie twarz. Zabrzmiał następny dzwonek, ale on pracował dalej. Skończył w połowie następnej lekcji i kazał mi poczekać do jej końca.
   
    Kiedy wstałem zakręciło mi się w głowie i musiałem usiąść. Wszyscy już wyszli, z wyjątkiem paru niedobitków, tkwiących w fotelach. Wstałem jeszcze raz i z mozołem szedłem do drzwi. Zebrani studenci spoglądali na mnie dziwacznie, ale nie zawracałem sobie tym głowy. Wyszedłem na ulicę. Przejeżdżające Miodową samochody powodowały kojący podmuch wiatru. Doszedłem do przystanku i odczekałem przepisowo. Nie zwróciłem uwagi, która była godzina, ale autobus był już prawie pełny, zwiastując zbliżającą się godzinę szczytu. Wsiadłem i uczepiłem się najbliższego pałąka i tak zawisłem. Starsza kobieta puknęła mnie laską w udo: „Może usiądziesz kawalerze?” spytała. „Nie, dziękuję. Zaraz wysiadam”, podziękowałem, choć nie miałem pojęcia gdzie się wtedy znajdowałem. Obrazy za oknem przelatywały zbyt szybko. Przy Dworcu Gdańskim przesiadłem się w autobus 103 i tam sytuacja z ustąpieniem miejsca też się powtórzyła i również odmówiłem. Żeby tylko przez most i już będę w domu myślałem, kiedy odmawiałem miłemu pijaczkowi, który i tak ledwo trzymał pion na siedząco. Dojechałem na Rondo. Szedłem normalną trasa. Ktoś mnie złapał za ramie i potrzasną. Już miałem przyjąć postawę bojową, ale usłyszałem: „Gdzieś tak dostał? Kto cię tak załatwił? Zadzwonić na Milicję?”. To był Łukasz. Miły chłopak, z którym czasami wracałem z giełdy płytowej, ale z wyjątkiem Joy Division, nie mieliśmy wspólnych tematów muzycznych, ani chyba żadnych innych, jak to z osobnikiem, studiującym ekonomię. „Nie, wszystko jest w porządku”. „A to nie twoja krew?” Zapytał Łukasz ciągnąc moją przesiąkniętą krwią, a niegdyś białą koszulkę. „O ja pierdole!” Zawyłem na ten widok. „Co się stało?” Spytał jeszcze raz Łukasz. I tu mi się wszystko przypomniało. „AAAA Nic. U dentysty byłem”. „To jak tak, to cześć” Nadąsał się Łukasz, sądząc zapewne, że skąpie mu soczystych detali, sytuacji, w której polała się krew. Bez kolejnych spotkań dowlokłem się do domu. Chyba usnąłem już w windzie, bo nie pamiętam nawet jak wszedłem do mieszkania. Obudziłem się dopiero wieczorem następnego dnia, w samą porę by nie wykrwawić się zupełnie.

Sunday, September 23, 2012

Nie każdy może za morze.



               Wszyscy byliśmy pewni, że z naszego kręgu, to Jarecki pierwszy, opuści Polskę na dobre. Starał się tego dokonać. Oj! Jeszcze jak się starał. W pewnym momencie przestaliśmy już nawet liczyć jego nieudane podejścia w ambasadzie Stanów Zjednoczonych, ale on nadal chciał do Ameryki i walczył. Pewnego wieczora Zwołany pod hasłem zapoznania się z nową grą komputerową „Barbarian” na komputer Atari ST 512, którego szczęśliwym posiadaczem byłem, wieczorek półliteracki, w okolicy trzeciej półlitrówki zmienił temat, na: „Jarecki do Ameryki -  strategia krótkoterminowa i jej wdrożenie praktyczne”. Wszyscy uważali to za, znacznie ciekawsze, tym bardziej, że żaden z nas nie wykazywał najmniejszego zainteresowania grami komputerowymi. Przeanalizowaliśmy stan cywilny, Jareckiego, posiadane nieruchomości, korzystne w takiej sytuacji przynależności do ugrupowań społecznych i politycznych i poza urokiem osobistym, nie mogliśmy znaleźć żadnych szczególnych cech, które potrafiłyby przekonać konsula amerykańskiego, że obecność tego osobnika na ziemi amerykańskiej jest niezbędna. I wtedy właśnie zabrakło wódki. Temat emigracji Jareckiego został odłożony, do czasu zażegnania tego kryzysu spożywczego. Maciek rzucił na blat parę banknotów, które miały oznaczać ciągłość konsumpcji, tego wieczora. Porwałem pieniądze ze stołu i po chwili zjeżdżaliśmy z Jareckim windą, aby na zaprzyjaźnionej mecie, dokonać korzystnej dla obu zainteresowanych stron wymiany towarowej. Wyszliśmy z windy, skręciliśmy w lewo. Druty z dzwonka wisiały jak zwykle ze ściany. Mogłem je niby zewrzeć, ale nauczony już doświadczeniem, że dźwięk tego dzwonka stawiał na nogi cale piętro nie tylko o drugiej w nocy, zapukałem delikatnie trzy razy. Taka był kod, znany tylko stałym klientom.

                Drzwi otworzyła sama Mamuśka, jakby ucieszona na nasz widok. Wpuściła nas do środka. Przy stole siedziało kilku, dobrze znanych mi, ale tylko z widzenia, facetów. W centrum ogromnego okrągłego stołu był talerzyk, na nim kaszanka i duży słój ogórków kiszonych domowej roboty. „Cztery” powiedziałem zanim Mamuśka, zdążyła zapytać. „Heniek, sięgnij no po cztery” ryknęła szefowa, mimo, że pan Henryk siedział o poł metra od niej. Wstał, ale zamiast udać się do jednego z pokoi, który był zamieniony na magazyn towarowy, sięgnął po krzesła i zapraszającym ruchem postawił je przy stole. Usiedliśmy. Mamuśka podsunęła kieliszki, gość z prawej, polał i wzniósł toast: „Za studentów, bo bez nich to trudno by było związać koniec z końcem”. Zanim przybliżyliśmy kieliszki do ust spojrzałem na Jareckiego i już wiedziałem, w jaki sposób wysłać go do ameryki. Jako studenta.

                Ku rozpaczy swego ojca, uznanego kardiochirurga, Jarecki, zdawał na medycynę bez powodzenia, kilka razy. Powszechnie zaakceptowana, na mieście teoria, było, że jeśli ktoś studiuje, a na większość studiów dziennych było się stosunkowo trudno dostać, to nie będzie tego osiągniecia, marnował, tym bardziej, jeśli ma za sobą parę lat życia włożonych na naukę, pozostając za granicą. W takiej sytuacji ambasada, nie powinna stawiać przeszkód w przyznaniu wizy turystycznej. Ułomność założeń tej teorii, chcieliśmy wykazać. 

                Tak się składało, że miałem stary indeks z SGGW, z której mnie wyrzucono, a potem na nowo przyjęto, chyba tylko po to, by dać mi możliwość samodzielnego zrezygnowania, z pobierania nauk w tej szacownej placówce. Indeks zaświadczał, że jestem studentem drugiego roku i pomyślnie zdałem wszystkie egzaminy. Wyglądał imponująco, pokazując moją drogę przez mękę, bo była w nim odnotowana pokaźna liczba, nieudanych podejść do egzaminów i kolokwiów, w przeciwieństwie do tego co pokazywał, skromny w osiągnięcia tego typu, mój indeks z Politechniki. Na tej uczelni, prawdopodobnie, dlatego by, studenta dodatkowo nie przygnębiać, nie rejestrowano takich potknięć. Być może przyczyna była jednak bardziej prozaiczna. Oszczędność papieru. Na Politechnice, niektóre egzaminy, przy sprzyjających okolicznościach i odrobinie sprytu, można było zdawać, po kilkanaście razy, wiec nie trudno sobie wyobrazić jak gruby by musiał być mój indeks, w którym by była rejestracja np. jedenastu podejść do egzaminu z przedmiotu Miernictwo Elektrycznego. Jarecki miał jednak dysponować indeksem, który robił wrażanie i aby okazując go, mógł występować, jako student pełną gębą. W indeksie z SGGW wystarczyło zmienić tylko nazwisko, zdjęcie i daty. Dla pełnego efektu to samo należało uczynić z moją legitymacją studencką z tamtego okresu mojej edukacji. 

                Wypiliśmy toast i parę następnych, zagryzając, upolowanymi w pocie czoła, ogórkami. Pan Henryk, który w celu wykonania swoich powinności zawodowych, oddalił się wcześniej od stołu, właśnie wrócił z naręczem zimnych butelek. Wypiliśmy rozchodniaczka i jadąc windą na górę, wtajemniczyłem Jareckiego w detale mego planu. Był zachwycony i nawet, kiedy już padł przytłoczony ilością, spożytego prostego związku chemicznego, budził się co jakiś czas, szarpał za ramie i w trosce pytał: „Ale nie będziesz miał z tego powodu żadnych syfów?”. Resztki trzeźwości umysłu nakazały mi znaleźć wspomniane obiekty, i wsadzić je do wewnętrznej kieszeni jego jeansowej kurtki, tak aby mógł czym prędzej puścić maszynerię falsyfikującą w ruch. Z resztą, co przytomniejszych zawodników, zastanawialiśmy się, komu pierwszemu Jarecki przyśle zaproszenie, kiedy już się w kraju hamburgerem i wczesnym Thrash Metalem płynącym, zadomowi. 

                Sprawa nie była jednak do końca tak prosta, jak nam się początkowo wydawało, bo ambasada podejrzliwie patrzyła na każdego, komu już wcześniej odmówiła wizy turystycznej. Dla pewności uzyskania zamierzonego efektu, Jarecki postanowił wzmocnić, mój szatański plan, dodatkowym argumentem. Wraz z grupą ośmiu znajomych, założył biuro podróży, a konkretniej biuro tylko jednej podróży. Miała ona przebiegać na trasie Warszawa – Nowy Jork – Mexico City. Oczywiście nikt nie myślał o jechaniu do Meksyku, a tranzytowy pobyt w Nowym Jorku miał być, jedynie jednodniowy, a jego przedłużenie było esencją całego przedsięwzięcia. Miejsca w okolicznym hotelu zostały zawczasu zaklepane, bilety lotnicze na przelot na całej trasie, zarezerwowane. W formularzu, jednodniowy tranzytowy cel wizyty w USA został jednak, umotywowany chęcią, zwiedzenia zabytków kulturalnych znajdujących się w najbliższym sąsiedztwie lotniska JFK. Nic nie powinno już wybudzić nieufności, nawet najbardziej czujnych pracowników sekcji wizowej ambasady amerykańskiej. Plan wszedł w życie. Wycieczka Polska – Meksyk z wysiadką w Nowym Jorku miała wreszcie szanse się odbyć. Cała ósemka wypełniła niezbędne formularze, które następnie w grubej kopercie zostały uroczyście wysłane z Poczty Głównej, do ambasady i zupełnie spokojnie czekała na termin odbioru wiz. W wyznaczonym dniu, wszyscy stawili się przed, tak dobrze znanym im, budynkiem i w ogromniastej kolejce powolutku posuwali się ku upragnionym stemplom w paszportach. Po usłyszeniu nazwy ich firmy podróżniczej, sprężyście stanęli przed obliczem grubej szyby uzbrojonej w mikrofon. W szparze pod szyba, znajdowała się ich gruba koperta z przybitym stemplem krzyczącym w czerwonym kolorze: „REJECTED”. Kiedy już pani, która jednym celną pieczątką zniweczyła, miesiącami przygotowywany plan, miała krzyknąć: „NEXT!” co lepiej władający językiem angielskim, przykładając usta do blachy mikrofonu, spytał rzeczowo: „Waroom?”. Nastąpiła intensywna wymiana zdań w kilku językach, która zaowocowała, kolejną rozmową, ze spokojniejszym i lepiej władającym mową, kraju na terenie, którego się znajdował, pracownikiem rządu amerykańskiego. Jak wyjaśnił, jedna z uczestniczek wycieczki, zeznała w formularzu, że nie starała się wcześniej o wizę amerykańską, a jak zarejestrowały opasłe archiwa ambasady, ubiegała się o nią, bez powodzenia już siedem razy. W związku, z tym, że w takich wypadkach przepisy zalecają odpowiedzialność zbiorową, żaden z kandydatów na podróżnika wizy nie otrzymał. W związku z tym, że w grupie była tylko jedna kobieta, wszyscy spojrzeli na nią wilkiem. Nikt się już więcej nie odezwał ani słowem i wszyscy po raz kolejny opuścili teren ambasady z kwitkiem. 

                Po tym zajściu słuch po Jareckim zaginął. Słuchy dochodziły, że przebywa w Szwecji. Inni mówili, że wyniósł się poza Warszawę i uprawia selery czy inną korzystną dla zdrowia psychicznego roślinność. Parę miesięcy później dostałem przesyłkę, bez adresu zwrotnego. Zawarty w niej mój indeks i legitymacja były nietknięte.


Wolność słonia



W ucieczce przed upałem, moi starsi pojechali na miesiąc do przyjaciół w NRD, zostawiając mnie pod opieką Gacka, który jak większość kotów, był znany pod kilkoma pseudonimami, na które był za dumny by reagować. To on wzywał służbę, kiedy chciał, a wzywał ją często i skutecznie. Zawsze miał wszystko pod kontrolą, wiec i tym razem byłem w dobrych rękach, a raczej łapach. Postawiłem Gacka na blacie biurka, dałem kawałek zimnej już parowki i po kilkuminutowych konsultacjach, nie widząc sprzeciwu z jego strony, mieliśmy uzgodnione, że wyprawiamy zaległe urodziny. Nie ważne było czyje, ważne było, że na pewno jakieś były zaległe, a tradycji przecież musiało stać się zadość. Aby oznajmić tę radosna nowinę, wszystkim potencjalnym zainteresowanym, wykonałem kilka telefonów i zabrałem się za odgruzowywanie pokoju, choćby do takiego stopnia, żeby można było dotrzeć do szafki ze sprzętem nagłośniającym. O umówionej porze, zjawiła się prawie cala męska ekipa, która w ostatnie dni tego upalnego lata przebywała w Warszawie. Powód siedzenia w mieście, był głownie natury ekonomicznej, ale niewtajemniczeni znali go pod nazwą przygotowywania się do jesiennej sesji egzaminacyjnej. Przybyły też jakieś dziewczyny, ich koleżanki i koleżanki koleżanek, w takiej liczbie, że po raz pierwszy, w moim mieszkaniu, siły liczebne po obydwu stronach barykady rozdzielającej płcie, były wyrównane. Jak zwykle było dużo alkoholu, a mało jedzenia. Ta kombinacja, wspomagana zaduchem w mieszkaniu na ostatnim piętrze budynku, pokrytym czarną papą dachem, spowodowała, że już po paru godzinach, ktoś tu i tam, przybierał pozycję po części horyzontalną na kanapie, albo jednym z foteli. Miejsc do siedzenia zrobiło się coraz mniej, wiec impreza przeniosła się z dusznego wnętrza, na równie duszny balkon, ale z pięknym widokiem, na południową i północną cześć Warszawy. Cześć centralna ze wszystkimi charakterystycznymi dla stolicy elementami architektonicznymi, zazdrośnie strzegł przed naszym wzrokiem, sąsiadujący budynek. Nikt się jednak tym mankamentem nie interesował. Była sobota więc, impreza snuła się niespiesznie, a na upiornie głośną muzykę, nikt z sąsiadów, nawet nie ośmielał się zwrócić uwagi. 

                Mimo, że nie była to polityka, religia, sport czy jedzenie, dyskutowaliśmy o sprawach najwyższej wagi, których zmianę dyktowały jedynie delikatne powiewy chłodnego wiatru. Mimo już późnego wieczora było radośnie i pogodnie. Gacek się właśnie przebudził i przyszedł sprawdzić czy nikt mu nie nabrudził do kuwety, której wystawienie na balkon, z ciasnego mieszkania, swego czasu na nas wymusił używając broni biologicznej. Sprawdzał tez, czy mi nic nie grozi ze strony przybyłych. Ocierał się o nogi w aprobacie.  Dokonując rewizji osobistej udeptywał, ciała tych już na wpół poległych. Chyba nie miał większych zastrzeżeń, do zgromadzonego towarzystwa. Po dokonaniu pełnego obchodu mieszkania, jak konduktor pociągu osobowego, sprawdza czy nikt nie ukrywa się we wnętrzu, zaczaił się przed drzwiami łazienki. Zapewne ktoś był w środku, bo Gacek położył się na plecach, tak aby mieć oczy jak najbliżej podłogi i tym samym, aby szpara miedzy łazienkowymi drzwiami, a podłogą, dawała mu największe pole obserwacji. Byłem pewien, że kimkolwiek Gacek się zainteresował, nie miał żadnych szans na ukrycie się, wiec ze spokojnie mogłem się pogrążyć w dalszą konwersację i przerywaną toastami. Po kilku minutach, usłyszałem dobiegający z wnętrza mieszkania pisk i zanim się zorientowałem drobna, acz precyzyjnie wymierzona damska dłoń wylądowała na moim policzku, z adekwatnym wytłumaczeniem powodu takiego czynu: „To tak kota nauczyłeś, bydlaku?”. Natomiast wydany do reszty zgromadzonych osobników płci żeńskiej rozkaz brzmiał: „Dziewczyny, wychodzimy”. Nie wiem, kim była ta panna i kto ją przyprowadził, ale musiała mieć posłuch, bo wszystkie zgromadzone na balkonie panie odwróciły się na piecie i rzucając mi pogardliwe spojrzenia, wychodziły jedna po drugiej. W mieszkaniu zrobiło się trochę luźniej wiec mogłem dokonać wizji lokalnej. Nigdzie nie znalazłem śladów krwi, do której utoczenia Gacek był zdolny, a nawet specjalnie przeze mnie wyćwiczony, choć jak do tej pory toczył wyłącznie krew członków najbliższej rodziny. Zafrapował mnie też brak poszarpanego ubrania i już zacząłem się martwic, czy to panna, która wymierzyła mi policzek, wcześniej czegoś, bogu ducha winnemu zwierzęciu nie zrobiła. Zapukałem w drzwi i wszedłem do mojego pokoju. Było to ostatnie miejsce, do którego chciałem wtedy wchodzić, bo wiedziałem, że jakaś parka będzie korzystała z mojego wygodnego lóżka, ale sytuacja była szczególna. „Nie widzieliście kota?” spytałem po uchyleniu drzwi. Nie wiem, co parę bardziej zaintrygowało. Czy moje wtargniecie, czy niewinne pytanie, zadane w czasie trwania ich mniej niewinnego aktu, ale obydwoje, poprawiając ubrania, rozglądali się bacznie do okoła. „Jest tam. Kici, Kici” wskazała palcem, panna, której również nie znalem. Na czworaka podążyłem we wskazanym kierunku. Gacka znalazłem głęboko pod biurkiem jak ciamkał i zapalczywie udeptywał jakiś kawałek materiału. Wywlokłem go z jego kryjówki, przeprosiłem parkę i zamknąłem za sobą drzwi. Tryumfalnie trzymając zwierza w powietrzu, oznajmiłem wszem i wobec, że poszukiwania zostały pomyślnie zakończone.  Można było wrócić do konsumpcji, a ponieważ w pokoju zostali już sami chłopcy, towarem miał być już wyłącznie alkohol.

                „Co to jest?” złapał Leszek, za cos, co Gacek miał w pyszczku. Były to ni mniej ni więcej tylko damskie majtki, zupełnie już mokre od gackowej śliny. „Skąd on je wziął?” wszyscy zapewne zadawali sobie to pytanie, ale ich właścicielki już miedzy nami nie było, a panna, której zawdzięczam odnalezienie kota i stanie się posiadaczem fragmentu damskiej garderoby, posiadała swój na właściwym miejscu, co osobiście mogłem zaświadczyć. Sami musieliśmy dalej prowadzić dochodzenie. W czasie kilku rozlanych kolejek, pojawili się świadkowie zajścia i zeznawali pod przysięgą. Za krzywoprzysięstwo groziło odsunięcie, od wypicia następnej kolejki. Prędkości, z jaką ubywało wódki świadczyła jednoznacznie o tym, że wszyscy mówili prawdę. Jarecki, który jak zwykle, starał się ratować towarzystwo przed niechybna śmiercią głodowa, pitrasząc cokolwiek, co znalazł w mojej ubogo zaprowiantowanej lodowce, w chwili zdarzenia znajdował się w sąsiadującej z łazienką kuchni, widział wiec co zaszło najlepiej. W rozpatrywanej sprawie został powołany jednocześnie na świadka i biegłego i jako takiemu, przypadły mu dwie kolejki, które ochoczo wchłonął. Wziął z talerzyka kawalek czerstwego już chleba, powąchał go, nadgryzł, zrobił głęboki wdech, spojrzał na wszystkich spragnionych wyjaśnienia prawdy i osunął się na fotel, a raczej na kogoś, kto już na tym fotelu spoczywał. Sprawę musieliśmy ciągnąc dalej bez niego. Zadzwonił telefon. Mimo, że muzyka nadal głośno grała, a przewieszony przez poręczy balkonu Igor starał się swoim pawiem udekorować całą elewacje dziesięciopiętrowego budynku, byłem jakoś spokojny, że to nie milicja ani nie sąsiedzi. Oni nie użyliby tak wymyślnego sprzętu do komunikacji międzyludzkiej. To już wiedziałem z doświadczenia. Używali mniej przemyślanego, ale również skutecznego kopania w drzwi. Podniosłem słuchawkę i rzuciłem kurtuazyjne:, „Czego?”. „Moje majtki oddasz Mariuszowi, chamie! Jeszcze się policzymy.” Domyśliłem się, kto dzwonił, ale kim był rzeczony Mariusz nie miałem pojęcia. Sprawy, biorąc pod uwagę, perwersyjne zachowania Gacka, zaczynały układać się w sensowną całość. W związku z tym, że siłą rzeczy, kibelek w mojej mikroskopijnej łazience stał tuż przy drzwiach, Gacek wynalazł sobie zabawę, która polegała na tym, że drapał w stopy, każdego, kto z niego korzystał. Zapewne w ten sam sposób chciał się pobawić, z panną, której przypadkowym posiadaczem majtek się stałem. Jednak, dlaczego majtki tej panny wylądowały na łazienkowej podłodze, tak ze Gacek mógł je porwać, żaden z zebranych panów, nie wiedział a dalsze przesłuchanie świadków i ewentualnych podejrzanych nie posunęło śledztwa do przodu. Sprawę trzeba było umorzyć, tym bardziej, że właśnie skończyła się wódka.  
 
                Każdy, kto znalazł się w takiej sytuacji, doskonale wie, że brak alkoholu, w połowie imprezy, to dramat większy niż wojna nuklearna i potop razem wzięte, dodatkowo spotęgowany, faktem, że nie posiadaliśmy wystarczającej płynności finansowej pozwalającej na zakup zadowalającej wszystkich ilości płynu odurzającego. Wiadomo było, co się zaraz stanie. Wypijemy wszystkie wódki na myszach, które rodzice zwykli tak cmokać, w niedziele po kolacji, a są poukrywane przede mną w szafach z ubraniami. Potem w ruch pójdzie spirytus salicylowy, woda brzozowa, a potem perfumy mojej mamy, które nie były w sprayu, a te już w razie ostatecznego niedopicia. Wszystko,  zakończy się kosmicznym kacem, a wypite trunki będą odbijać się jeszcze tygodniami. Ale co było robić? Jednym z niezmiennych praw fizyki, obowiązujących na tych szerokościach geograficznych i w omawianym okresie historycznym było prawo Zachowania Konsumpcji i nikt nie miał śmiałości burzyć ugruntowanego już dobrze status quo. Wycmokaliśmy, resztę z kieliszków, swoich i cudzych, wyżęliśmy do suchego wszystkie butelki i zabieraliśmy się, za przeszukiwanie mieszkania. Wiadomo było, że znalezienie czegoś tym razem, nie będzie już takie łatwe, bo po ostatniej imprezie, zakończonej również wykazaniem poprawności działania wyżej wspomnianego prawa, rodzice z pewnością nie odbudowali jeszcze zapasów. Każdy z nas zaczął przetrząsać kieszenie i wykładać na stół wszystko co miało jakąś wartość nabywczą. Zebrana kwota nie była imponująca. Kiedy inni szperali po kieszeniach swoich niedobitych kompanów, ja postanowiłem przeszukać szafy, ale zanim na dobre zagłębiłem się w bieliznę osobistą rodziców, ktoś zapukał do drzwi. Zapukał, a nie załomotał, co natychmiast wzbudziło moje podejrzenie graniczące ze strachem. „Jak nie ma wódki, to niech spierdala”, taki rozwój wypadków przewidział dla intruza Maciek, który zaciekawiony zatoczył się do przedpokoju. W drzwiach stal, doktor z wydziału technologii drewna na SGGW, który w cywilu był moim sąsiadem z dołu. „Komuś fasolka bo bretońsku nie posłużyła” stwierdził ze znawstwem sąsiad, wręczając mi wyprasowany i złożony w kostkę i t-shirt. „Żona, znalazła na balkonie i wyprała.” Natychmiast wciągnęliśmy go do środka. Jak tylko sąsiad usiadł Maciek poczęstował go Klubowym. „Nie. Dziękuję, ale poczekaj. Może to?” Z kieszeni spodni, sąsiad wyciągnął srebrna, inkrustowaną papierośnicę. Otworzył ją i oczom naszym ukazały się dwa równiutkie rzędy skrętów, a po mieszkaniu rozpłynął się wiadomy zapach. „Pewnie” radośnie rzucił Maciek i zza gumki porwał dwa. Źniaku nieśmiało wziął jednego. Nieużywająca dymów reszta towarzystwa, odmówiła i grzecznie podziękowała. Na kanapie i fotelach zrobiło tymczasem już trochę luźniej, bo niedopite zwłoki, zostały złożone do mojego pokoju, który był już zwolniony przez frywolna parę. Na placu boju ostało się już tylko kilku zmęczonych niedobitków. Usiedliśmy wszyscy na około niskiego stołu. Dwa skręty od razu poszły w ruch, w przeciwnych kierunkach. Jako gospodarz siedziałem na podłodze pod szafą. Po minucie doszedł do mnie w części wypalony skręt, a w parę sekund po nim drugi. Popatrzyłem na oba. Wiedziałem, że jak zapalę zaraz zacznę się krztusić, wiedziałem, że wszyscy na to czekają, wiec aby nikomu nie sprawić zawodu zaciągnąłem się obydwoma jednoczenie jak mogłem najmocniej, aż żar przypalił mi palce i usta. Czułem jak ktoś wyrywa mi niedopałki z palców, ktoś inny podstawił popielniczkę, ktoś inny krzyknął: „Może można je jeszcze przez widelec?”. Trzymałem ciepły dym, w płucach tak długo jak mogłem. Nie pamiętam nawet czy go w ogóle wypuściłem. Byłem już gdzie indziej i nie zajmowałem się takimi głupotami jak oddychanie. 

                Płynąłem? Leciałem? Nie! Dosiadałem wielkiego słonia. Miedzy blokami, podwórkami, piaskownicami i trzepakami przemierzaliśmy Pragę Północ. Słoń elegancko przeskakiwał przeszkody. Mijani ludzie przyglądali się z zainteresowaniem i machali przyjaźnie. Przycwałowaliśmy przed klatkę mojego budynku. Zeskoczyłem. Delikatnym kopniakiem w wielki zad, dałem słoniowi do zrozumienia, że łaskawie oddaje mu wolność. Spojrzał na mnie z podziękowaniem i odpłynął radośnie w osiedle. To Źniaku, wyrwał mnie z tego błogiego stanu. „Wszystko w porządalu?” zapytał troskliwie. Spojrzałem mu w oczy i na ucho wysyczałem: „Idziemy do Zoo”.  „Po nocy? Ale Po co?” dopytywał pomagając mi wstać. „Zobaczysz. Zbieraj się!” nie dawałem za wygraną. Spojrzeliśmy po zgromadzonych, czy może dałoby się jeszcze kogoś namówić na te wycieczkę. Sąsiada już nie było. Reszta spala pokotem na wersalce. Na balkonie, na chłodnych już wtedy kafelkach, z twarzą przytulona do kuwety leżał Igor. Na jego gołej klacie, rozpostarty całym sobą leżał Gacek i wsłuchiwał się w zanikające odgłosy pracy jego serca. Wyszliśmy. Wszystko było po kontrolą. 

                Zjeżdżaliśmy windą. Okazało się, że to Źniaku był odpowiedzialny za tę nieudaną zbiórkę na fundusz monopolowy i kiedy ja jeździłem na słoniu on przeliczał zebrane pieniądze. Głupio było udawać się w nieznane, bez prowiantu. Zatrzymałem windę na pierwszym piętrze, wyszliśmy i udaliśmy się do mieszkania na lewo. Zapukałem, bo z dzwonka sterczały tylko dwa druty. Otworzył jeden z synów szefowej. „Ile?” spytał rzeczowo. Po chwili był z powrotem. Do ceny dwóch butelek, po aktualnym kursie zawartego w nich alkoholu, zabrakło nam kilkadziesiąt złotych. Syn przeliczył parę banknotów i garść bilonu, które mu wręczyliśmy: „Oddacie następnym razem. Na razie.” Nawet nie zdążyliśmy podziękować. Przy wyjściu z klatki pokrzepiliśmy się po raz pierwszy. Słoń w mej głowie galopował dalej. Przechodziliśmy koło miejscowych delikatesów. Z ciekawości zajrzałem do środka. Silne światło odbijane od pustych półek biło po oczach. „Po co marnują tyle prądu?” jako zadatek na inżyniera elektryka spytałem gniewnie, ale nie wiem, jaką opinię miał w tej sprawie Źniaku, bo wtedy urwał mi się film. Zapis mojej pamięci, na nowo zaczyna się, w momencie, kiedy przechodziliśmy przez siatkowe ogrodzenie. Kiedy ja z narażeniem życia, uprawiałem ekwilibrystykę na drucie kolczastym, na wysokości prawie trzech metrów nad ziemią, Źniaku zauważył, że zaraz obok w brakuje ogrodzeniu dwóch segmentów siatki i wykorzystał ten fakt, by bezpiecznie znaleźć się na terenie Warszawskiego Ogrodu Zoologicznego. Parę sekund później i ja byłem po drugiej stronie, choć z rozszarpana nogawką spodni. 

                Gdyby nie światła ulicy za naszymi plecami, mogliśmy sobie wyobrazić, że jesteśmy w lesie, jednak po przejściu kilku metrów już nawet nie musieliśmy sobie już tego wyobrażać. Pięćset metrów od mojego domu przemierzaliśmy prawdziwy las, a do tego, jak sądziłem pełen dużej zwierzyny afrykańskiej, albo indyjskiej. Ten właśnie szczegół pozostawał mi wtedy do ustalenia. Las się skończył i zobaczyliśmy ogród zoologiczny pogrążony w całkowitej ciemności. Gdyby nie zbliżający się ku pełni księżyc, nie widzielibyśmy gdzie jesteśmy. Staliśmy przy wybiegu antylop. Jednym susem znalazłem się po drugiej stronie ogrodzenia. Natychmiast obraz słonia został zastąpiony scenami z filmu „Odmienne stany świadomości”. Jakby nie było mój stan był również odmienny, wiec skojarzenie było jak najbardziej na miejscu, a zapamiętane z filmu sceny potraktowałem, jako instrukcję do moich dalszych poczynań. Zacząłem uganiać się za tymi wdzięcznymi zwierzętami, nie zadając sobie trudu pomyśleć, co tez powinienem począć, jeśli już taką sztukę dopadnę, mimo, że byłem już trochę głodny. Upatrzyłem sobie, jedna z tych kózek i powoli zaganiałem ją w kąt wybiegu. Byłem z nią sam na sam. Patrzyliśmy sobie w oczy. Sądziłem że następuje miedzy nami jakieś porozumienie. Miałem ochotę ją uściskać, ale kiedy tylko zrobiłem krok do przodu, rzuciła się w moim kierunku. Przednimi kopytami powaliła w błoto, a tylnymi odbiła się od mojej klatki piersiowej  i poszybowała ponad ogrodzeniem. Usłyszałem tylko odgłos tłuczonego szkła, rzucone w ciemność „Osz kurwa” a potem odgłosy oddalającego się tupotu kopyt na asfaltowej ścieżce. Kończyna za kończyną, metodycznie wyciągałem się z błota, w które byłem dość solidnie wbity. Sprawdziłem, czy jestem w jednym kawałku i będąc jak sądziłem, pośmiewiskiem dla reszty stada, jak niepyszny przelazłem na drugą stronę ogrodzenia. „Niby to nie był zaplanowany słoń, ale jedno zwierzę odzyskało wolność, tej nocy.” Pocieszałem się. 

W miejscu gdzie, na mój triumfalny powrót, powinien oczekiwać Źniaku, znalazłem tylko potłuczone fragmenty butelki po Żytniej. Cos musiało mu się stać, bo Źniaku za żadne skarby nie dalby butelki z wódczaną zawartością skrzywdzić. Ruszyłem na poszukiwanie towarzysza, tym bardziej drogiego, że powinien mieć przy sobie jeszcze jedną flaszkę. W odległości kilkuset metrów zamajaczyła jakaś postać. Gwizdnąłem na palcach. Postać nie odwzajemniła porozumiewawczego znaku, ale już podążała zdecydowanie w moim kierunku. „Źniaku!” Wrzasnąłem tak głośno, na ile pozwoliły mi skopane płuca i nadal drapiąca od dymu krtań. Postać wykonywała dziwne, ruchy, ale zbliżała się nadal. Krzyknąłem jeszcze raz i wtedy Źniaku się wreszcie odezwał: „Stój, bo będę strzelać”. „Co ty pierd…” chciałem zapytać, ale rozległ się strzał. Nie. To chyba nie był Źniaku, a jeśli nawet był, to nie był w dobrym humorze. Zacząłem uciekać. Nie wiem jak długo biegłem, ale kiedy się zatrzymałem, nieoczekiwanie byłem tuż pod budynkiem dla słoni. Upewniłem się, że domniemany Źniaku już mnie nie ściga, zacząłem szukać drzwi. Jak na złość wszystkie były zamknięte, tak jakby ktoś po nocy chciał ukraść słonia. Wariactwo.

Znalazłem małe uchylone okienko. Przyciągnąłem najbliższą ławkę. Na niej ustawiłem jakiś znaleziony w pobliżu kosz na śmieci i już, montowałem się w wąskiej szparze. Przelazłem prawie do połowy, ale była tak wąska, że w końcu zdałem sobie sprawę, że się w niej zaklinowałem. Nie mogłem się ruszyć, ani w jedną ani w drugą. Głupio by było przerwać tę szlachetną misję z tak błahego powodu, albo dyndając w takiej pozie, stać się łatwym celem dla tego z dwururką. Zacząłem rozmyślać nad jakąś skuteczna metodą wyjścia z tego impasu, ale wtedy podszedł do okna największy ze słoni. Bez słowa przywitania owinął trąbę na około tego, co moje zwisało wewnątrz i jednym ruchem wciągnął mnie do środka, z oknem i jego ramą włącznie. Następnie upuścił mnie w miejsce, gdzie właśnie spadły ostatnie odłamki szyby. Nie świadom jeszcze wtedy faktu, że słonie to jedne z nielicznych ssaków, które wykazują zachowania altruistyczne, nawet w stosunku do innych gatunków, wiedziałem, że taką pomoc należało odwzajemnić. Zacząłem się przymierzać do otwarcia dużych wrót. Przecież nie chciałbym by słoń zaklinował się w tych małych tak jak ja, przed chwila w oknie. We wrotach jednak tkwiły dwie wielki, złowieszcze, czarne kłódki. Zacząłem się z nimi mocować. Już zaczęła do mnie docierać, beznadzieja sytuacji, kiedy usłyszałem: „Jest u słoni”. Poklepałem najbliższego słonia, ale byłem pewien, że ten przekaże memu wybawcy wyrazy podziękowania i rzuciłem się do ucieczki małymi drzwiczkami, które, na szczęście bez najmniejszego problemu dały się otworzyć od środka. Do muru odgradzającego teren ZOO od nasypu Mostu Gdańskiego nie było daleko. Dobiegłem do niego w parę sekund. Poskoczyłem, podciągnąłem się i bezpiecznie przelazłem na druga stronę. Tyle razy widziałem ten mur przez okno przejeżdżającego autobusu linii 103 albo 490. Jak mogłem zapomnieć, że w jego górną krawędź były wbetonowane denka potłuczonych butelek. 

Szarzało już. Nie zatrzymując się dobiegłem do mojego bloku. Wbiegłem na piętro. Przywołałem windę, wsiadłem. Zrobiło mi trochę słabo, ale to nie, dlatego, rozjechały mi się nogi. Na podłodze kabiny rosła kałuża krwi. „O matko! Zowu kogoś zabili” pomyślałem, ale szybko się uspokoiłem. To była moja krew. Na niektórych imprezach przychodzi ten moment, że trzeba oszacować straty. Właśnie nadszedł i na tej. Rana szarpana drutem kolczastym lewej łydki, przy wchodzeniu na teren. Rana postrzałowa w okolicy prawego kolana, na szczęście kula przeszła na wylot, ale tuż pod skorą. Odłamki szkła tu i tam no i tatar po wewnętrznej stronie dłoni nabyty podczas opuszczania terenu ZOO. Cześć ran była zalepiona błotem i spływającym potem, ale kolano i dłonie krwawiły dość paskudnie. Wszedłem do mieszkania. Źniaku cos opowiadał na poł przytomnemu Igorowi. „I nie zabrałeś mnie” z wyrzutem wybełkotał Igor kiedy zorientował się, że wszedłem. Nie opowiedziałem. Wszedłem do łazienki i zacząłem obmywać rany. Wydłubałem szkło. Na szczęście nikt nie wypił jeszcze spirytusu salicylowego. Zasyczałem z bólu. Posypałem większe rany jakimś pudrem  i obandażowałem te, które najbardziej krwawiły, bandażem elastycznym, bo tylko taki udało mi się znaleźć w szafce. Ktoś załomotał do drzwi łazienki i oznajmił mi, że Gacka nie ma. Pewnie znowu wyskoczył przez balkon z dziesiątego pietra i siedzi na dole pod krzakiem. No, ale trzeba go było znaleźć. Na myśl o ponownym wyjściu z domu zrobiło mi się jednak słabo. Wyszedłem z łazienki założyłem jakiś dres, który możliwie dokładnie zasłaniał zaczynające przemakać krwią bandaże. Pewnie w poczuciu winy, za zostawienie mnie w ZOO, Źniaku zaoferował się z pomocą. Znowu zjeżdżaliśmy winda. Krew na podłodze była już na tyle gęsta, że trampki się już nie ślizgały. Źniaku szturchnął mnie łokciem. Kiedy, nadal wściekły spojrzałem w jego kierunku, wyszczerzył niepełne i nieświeże uzębienie, uchylił poły swojej kurtki i pokazał nie tkniętą butelkę wódki. Zanim znaleźliśmy się na parterze wypiliśmy po dużym łyku. Rozejrzeliśmy się po osiedlu. Było już zupełnie jasno. Tu i tam ludzie szli ludzie. Obraliśmy jakiś przypadkowy kierunek krzycząc na zmianę „Gacek” „Kizior” „Futro” i „Kurwa”. 

Nie uszliśmy jednak daleko. W pewnym momencie za naszymi plecami usłyszeliśmy pisk opon hamującego samochodu. Zanim zdążyliśmy podziękować kierowcy, że udało mu się wykazać refleks i w porę zahamować nie czyniąc nam krzywdy oraz spytać, co było przyczyną, tego, że w niedziele, z samego rana, jechał z taka prędkością po chodnika w centrum osiedla, trzech policjantów, pchnęło nas na siatkowe ogrodzenie i wykręcało ręce. Robili to wyjątkowo mało fachowo wiec syknąłem z bólu, pytając jednocześnie: „Co jest, kurwa?”. „Odechce się wam wybijać szyby w sklepach”. „My? Szyby? W sklepach?” Zastanawiałem się intensywnie. „Że w słomiani, to może. Ale nie wiedziałem, że  słoń był na sprzedaż” Milicjanci wrzucili nas do Nyski jak dwa worki kartofli. Niebieski pojazd ruszył z kopyta, tylko po to, żeby przejechać jakieś sto metrów. Kiedy wypchnięto nas na zewnątrz przed oczami stanęła, nam szklana ściana ciągu sklepów osiedlowych. Widziałem te sklepy tysiące razy, ale tym razem wszystkie szyby były ozdobione dziurami o wielkości głowy pijanego studenta. I wtedy mi się przypomniało, kiedy stałem przed wystawą jednego z nich, zastanawiając się nad sensem, w dobie krajowego kryzysu ekonomicznego, marnowania energii elektrycznej. Ale czy naprawdę ta niedorzeczność mogła mnie zirytować aż do tego stopnia, abym chciał ją w taki sposób naprawić? Znając już siebie trochę, odpowiedź na to pytanie była dość prosta. „Oczywiście!”. Resztki trzeźwiejącego rozsądku starały się jednak wymyśleć jakieś alibi. Ochroniarz? Antylopa? Słoń? „Ja nic nie wiem” powtarzałem w kółko dając sobie trochę czasu do dalszych rozmyślań. Źniaku nie odzywał się, jakby sądząc, że przyjąłem jedyną skuteczną linie obrony, za nas obu. „To skąd ta krew?” spytał policjant płynnym ruchem zakreślając krąg na około mojej osoby. „Słoń mnie podrapał”, odpowiedziałem zgodnie z prawdą. „Dobra! Odechce się wam tych żartów. Na komendę” wydal rozkaz najstarszy rangą. 

                Znowu byliśmy w Nysce. Jeden z milicjantów zaczął jeszcze cos dopytywać. Ja już miałem wszystkiego dosyć. Chciałem tylko znaleźć Gacka, a od miejsca jego przypuszczalnej kryjówki oddalaliśmy się w szybkim tempie. Najuprzejmiej jak tylko potrafiłem powiedziałem do zasiadającego tuż obok kierowcy policjanta: „Ależ namiestniku najukochańszy, my naprawdę nic nie wiemy. Wypuście nas najwielebniejszy”. Wszyscy, łącznie ze Źniakiem spojrzeli na mnie. Źniaku cos na ucho, zaczął szepnąć najbliższemu milicjantowi. Po chwili, miedzy nimi,  wywiązała się przyjacielska rozmowa. Okazało się, że byli w tej samej szkole milicyjnej w Szczytnie, a Źniaku, ukończył ją nawet z wyższym stopniem niż najstarszy z obecnych. „A pamiętasz, tego? A tamtego? A Ten to był” padały odświeżające wspólną pamięć wyznania. W pewnym momencie Nyska zatrzymała się prawie w miejscu. Wszyscy polecieliśmy na podłogę. Boczne drzwi otworzyły się na oścież, a w nich stał milicjant i para elegancko ubranych staruszków. „To oni?” zawyrokował raczej niż spytał milicjant. Staruszkowie spojrzeli na nas i potem po sobie:„Mmmm, Eeeeee. Nieeee. Tamci byli jacyś. Hmmm. Jacyś tacy inni”. Powiedział dziadek. „Wysiadać” padł rozkaz. Wywleczono nas i postawiono na chodniku obok staruszków. Wszyscy milicjanci pakowali się z powrotem do samochodu. Jeden nawet zasalutował. Nyska ruszyła, a za nią w pogoń wymachując opętańczo rękami ruszył Źniaku. Nyska się zatrzymała. Z wyjątkiem trampek, Źniaku zniknął w jej środku, ale prawie natychmiast z niej wyskoczył. Milicjanci odjechali, a rozradowany Źniaku pokazał odzyskaną z milicyjnej niewoli, niedopitą flaszkę wódki, która sprytnie ukrył pod siedzeniem, żeby nie dostała się w niepożądane ręce oficera, robiącego nam rewizję na komendzie. Dostojnie podszedł do nas. Odkręcił zakrętkę, przetarł szyjkę butelki rękawem i podał Babci w geście zachęty. Odsunęła jego dłoń  uśmiechając się. Dziadek spojrzał na babcię, ale również odmówił. Kiedy przełknąłem swojego gula powiedział Dziadek: „Strasznie cię pobili chłopcze”. „Nie proszę pana. To kot mnie podrapał” tym razem skłamałem. Tu mi się przypomniał cel naszej obecnej misji. Pożegnaliśmy się, czym prędzej, z naszymi wybawcami i ruszyliśmy dalej w osiedle. Nie wiem, co się szybciej skończyło, czy wódka, czy pomysły, gdzie ten futrzak mógł przebywać. „Może sam wróci” pocieszał Źniaku. „Może” sam chciałem w to wierzyć. Zajrzeliśmy jeszcze do paru piwnic i wróciliśmy do domu. Podłoga windy była już umyta, ale zapach psującej szybko w wysokiej temperaturze krwi grupy zero minus było nadal mocno wyczuwalny. Weszliśmy do mieszkania. Kot, spał na rozłożonej już kanapie miedzy Leszkiem, a Igorem. „Wy sobie jaja robicie?” resztką sił ryknąłem oburzony. „Bez nerwów” rzucił Leszek otwierając zaspane oczy. „Przed chwila go znaleźliśmy. Spał w kanapie.”
Na moje szczęście przynajmniej temu zwierzęciu nikt tej nocy nie oddał wolności.