Sunday, September 23, 2012

Może byśmy gdzieś pojechali?

Może byśmy gdzieś pojechali?


Może byśmy gdzieś pojechali zagaiła Kamila, spoglądając rzewnie na zdjęcia jakiejś obłędnie pięknej plaży. Już wcześniej dawała mi do zrozumienia, że jej bateryjki są na skraju wyczerpania i tylko jakiś wyjazd mógł je uratować przed całkowitym rozładowaniem. Ona tak właśnie działa. Raz na jakiś czas musi wyjechać, im dalej tym lepiej. Patrzę na te zdjęcia i wszystko na nich jest wspaniałe. Piasek biały, woda turkusowa. Piękni o śnieżno białych zębach  piją drinki z parasolkami. Na horyzoncie, woda jest niemoralnie turkusowa. To wygląda za pięknie, żeby mogło być prawdziwe. Na pewno większość turystów to amerykanie i zamiast odpocząć trzeba będzie odpowiadać:. „Ja tez mam się dobrze”, „O to tak, jak ja”,  „ My tez z Nowego Jorku” i nie daj Boże ich dzieci, biegające i wrzeszczące miedzy stolikami w knajpce na plaży. Nie mam pojęcia, dlaczego, ale rzuciłem nieśmiało: „To może pojedziemy do Indii”. Kamila powoli przeniosła na mnie wzrok, w którym pojawiły się te iskierki, które mówiły, że pomysł zostanie rozpatrzony w trybie natychmiastowym. Pół godziny później widziałem jak szufluje na ekranie, zdjęciami zabytków, kolorowo ubranych ludzi i nieodzownych plaż. Wybór padł na Goa. Zaczęło się planowanie, kombinowanie, kiedy, gdzie warto się zatrzymać i za ile i co obejrzeć w okolicy. Wybór padł na uroczy hotelik, który miał obłędne notowania w różnych przewodnikach, a jego walory podwyższył fakt, że parę tygodni wcześniej na jego terenie zakończono zdjęcia do jakiegoś filmu, którego zapewne i tak nigdy nie obejrzę, ale jeśli ekipa amerykańska przeżyła pobyt bez strat w ludziach, to my tez damy radę. Zadzwoniliśmy do naszego przyjaciela Toma, z pytaniem czy nie miałby ochoty się z nami wybrać. Taka ochotę wyraził, wiec trzeba było teraz puścić w ruch maszynę fiskalna i opłacić wszelkie niezbędne drobiazgi jak przelot, pobyt, wizy i ubezpieczenia. Sprawa nabrała rozpędu. Na ponad trzy miesiące wcześniej, zapowiedziałem w pracy, że wyjeżdżam i zabrałem się za przygotowywanie sposobu zachowań podczas awarii sprzętu. Opracowywałem procedury, gaszenia ewentualnych pożarów, podczas mojej nieobecności. Przygotowałem parę scenariuszy wypadków i sposobów reagowania. Napisałem parę esejów, co robić, czego nie, a o czym zapomnieć do mojego powrotu. Czym się zająć w pierwszej kolejności, a czego pod żadnym pozorem nie dotykać. Zagłębiłem się w swoje przesuwanie pikseli w trzech wymiarach i powoli zacząłem zapominać o wyjeździe. 

Przyszedł październik, miesiąc wyjazdu. Jednak razem z wyjazdem przyszedł tez i kryzys finansowy. Z mojego ukochanego radia leciały coraz mroczniejsze informacje. Indeksy giełdowe leciały prawie pionowo w dol. Kiedyś by mnie to mało interesowało, ale za długą namową właściwie wszystkich znajomych, żywo zainteresowanych moimi finansami ulokowałem znaczną cześć mojego skromnego kapitału w funduszu powierniczym o dość agresywnym profilu. Słyszałem od znajomych jak ich firmy padają, jak oni tracą prace. Moja szefowa również zaczęła przebąkiwać o jakiś oszczędnościach. Nie przywiązywaliśmy do tego większej wagi i robiliśmy swoją robotę tak jak do tej pory, czyli dobrze, ale bez większego stresu, a procedury oszczędnościowe i tak były już od dawna wdrożone. 

Przyszła środa, dzień przed naszym wyjazdem, ostatnie dogadywania w sprawie projektów, które będą na tapecie podczas mojej nieobecności. W połowie dnia usłyszałem płacz dochodzący z tylnej części biura. Szlochała szefowa, co było dźwiękiem wcześniej niesłyszanym, nawet, w dniu, w którym umarł jej mąż. Sekretarka poszła ją pocieszać. „Może ktoś znowu umarł?”, pomyślał zapewne każdy z nas. Nie wiedzieliśmy wtedy, że to chodziło o nas. Szefowa wyszła zapłakana, uściskała każdego z nas i zaczęła wzywać „na dywanik” po kolei. Już od pierwszego, który wyszedł dowiedzieliśmy się, że jest nieciekawie. Szefowa straciła na giełdzie sporo pieniedzy, wiec nie ma środków by opłacać działalność swojej progresywnej acz zupełnie niedochodowej firmy. Po kilku godzinach rozmów na pokładzie tonącego okrętu byłem tylko ja i sekretarka. Mnie przypadł w udziale jeden dzień pracy w tygodniu, chyba tylko po to, aby dosypywać węgla do paleniska, żeby firma zupełnie nie zatonęła płynąc w kierunku lepszych czasów. Sekretarce, która zawsze była kapitanem i sterem jednocześnie, przypadły dwa dni. Reszta pracowników została zwolniona. 

„Udanych wakacji!” pożyczyłem sobie sam, wychodząc z biura tego wieczora oglądając się jeszcze na siedząca na kanapie załamaną szefową. W tej chwili miałem na głowie ważniejsze sprawy niż globalny kryzys finansowy. Jak najszybciej dojechać do domu i spakować wycieczkę. W drodze zakupiłem jeszcze parę flaszek wina, bo jakoś tę nowinę, trzeba przetrzymać. W domu przy objedzie, przy drugim kieliszku, od niechcenia wspomniałem, o sytuacji w pracy. Kamila przyjęła to zupełnie spokojnie. Sądzę, że obydwoje, już od jakiegoś czasu przeczuwaliśmy, że przy takim prowadzeniu firmy i stanie rynku finansowego, ta instytucja nie miała prawa się utrzymać na powierzchni. Spokojnie wysączyliśmy drugą butelkę, K spokojnie odpadła dryfując w kierunku łoża, ja przyjąłem kurs na stos rzeczy do spakowania, wytyczony precyzyjnie właśnie otworzoną, trzecią butelką. Kiedy K wstała, wszystko było już zapakowane w dwie dozwolone gabarytowo i ciężarowo torby plus dwa zgrabne plecaki, jako bagaż podręczny. 

Lot do Mumbaju jak przezwali parę lat wcześniej Bombaj, trwał ponad dziesięć godzin, wiec kłaść się spać nie zamierzałem. Żeby tylko dotrzymać do czasu wylotu, a w samolocie już się przypnę paskiem do siedzenia i już mi będzie wszystko jedno. Tak też się stało. Samolot był prawie pusty, dzięki czemu każde z nas siedziało rozwalone na trzech siedzeniach. Jedzenie było wyśmienite, a filmy bollywoodzkie niesamowicie zabawne. W pewnym momencie sen mnie jednak skutecznie obezwładnił i obudziłem się, kiedy samolot zaczął podchodzić do lądowania. Po wylądowaniu przetransportowano nas, autobusem na lotnisko krajowe. Po czasie, jaki trwał przejazd, można było sądzić, że mieści się na drugim końcu miasta. Lotnisko było w gruntownej przebudowie. Działały tylko stacje odprawy bagażowej, bo z jakiś tajemnych powodów bagaże musieliśmy odebrać i sklep bezcłowy, w którym, po przeliczeniu cen na dolary, natychmiast zapragnęliśmy wydać część pieniędzy, tym bardziej, że musieliśmy jakoś spędzić te 7 godzin oczekiwania na lot na Goa. My kupiliśmy kilka butelek wina, bo w przewodnikach ostrzegano, że w Indiach jest trudno, nie tylko o dobre wino, ale nawet o te pijalne. Tom zakupił dwie litrowe butle Scotcha, na którego zawsze miał ochotę, ale który, w kraju ojczystym był poza jego zasięgiem finansowym. Znając trochę zdradziecką charakterystykę cienkich ścianek butelek na wino, postanowiliśmy zapakować nowe nabytki do toreb i oddać na bagaż. Tom zdecydował zatrzymać swojego Schotcha przy sobie. Przeszliśmy cale lotnisko w te i tamte kilka razy. Trzeba było gdzieś przycupnąć i przeczekać te pozostałe kilka godzin. Usiedliśmy w poczekalni pod wielkim monitorem, na którym leciała indyjska CNN. Kamila poszła buszować w pobliskiej garmażerce i wróciła w kilkoma pierożkami. Może i były tak wspaniale jak to zeznali moi towarzysze podroży, ale moja uwagę przykul wykres pokazujący spadek akcji na giełdzie nowojorskiej, która właśnie obudziła się tego dnia do życia, a miedzy innymi funduszu, w którym miałem zainwestowane prawie wszystkie swoje oszczędności. Odleciało mi się jeść natychmiast. Moja twarz musiała chyba jednoznacznie wyrażać przerażenie, albo Tom wykazał nadzwyczajna spostrzegawczość: „Ty. Napij się może.” zdecydował raczej niż zapytał pokazując na torbę z butelkami. Wyraz mojej twarzy musiał być tym bardziej niepokojący, bo Tom dobrze wiedział, ze wódek na myszach nie tykam, jednak tym razem zgodziłem się ochoczo. Sytuacja była dramatyczna, ale zostały we mnie ostatnie odruchy kultury i odmówiłem picia whisky prosto z butelki. Kamila pobiegła i zakupiła trzy napoje o dziwnym smaku, ale nie one były istotne. Mieliśmy trzy papierowe kubeczki. Tom rozlał kolejkę i następną i następną. W okolicy czwartej dna od kubeczków zaczęły przemiękać i zanim się spostrzegliśmy, nasze ubrania zaczęły nasiąkać płynem o charakterystycznym zapachu. Poruszeni nim tubylcy zaczęli nam się bacznie przyglądać. Trzeba było szybko reagować. Tym razem ja wykazałem rewolucyjna czujność i pobiegłem kupić te słodkie napoje. Pani za ladą dokładnie wiedziała, czego potrzebuję, wiec zanim wyartykułowałem, o co mi chodziło, podała mi trzy suche kubeczki i niech chciała nawet pieniędzy. Zapewne taką rekompensatę, za utratę moich oszczędności wymyślił sobie mój los. Sączyliśmy wiec nadal ten obrzydliwy trunek, a szybko opadający wykres z Wall Street, z każdym łykiem jakby dostawał nowego spadochronu. 

Tak dotrwaliśmy do momentu, kiedy ogłoszono czas odprawy na nasz lot. Wszystko przebiegało zgodnie z normami ruchu turystycznego, w którym uczestniczą na pól tylko trzeźwi turyści. Czyli mniej lub bardziej wybredne dowcipy, w stosunku do ludzi na około, którzy jednak traktowali nas, jak to nam się przynajmniej wydawało z pewna sympatią. Odprawę wizowa przeszliśmy jak burza. Skierowano nas do kolejki do odprawy bagażowej. Drepcze wiec spokojnie za Kamilą, która wchodzi za jakąś kurtynę, a nagle przede mną wyrasta mojego wzrostu dziewoja, uzbrojona, w przeróżny sprzęt do robienia ludziom krzywdy i dźgająca mnie w klatę, lufa swojego karabinu wojskowa: „Tylko spokojnie, wybełkotałem” myśląc jednocześnie, czy nie poprosić jej, by mi tego karabinu nie pożyczyła na moment do zabawy. Okazało się, ze panowie mieli iść na lewo, a panie na prawo. Zauważyłem machającego z drugiej kolejki Toma i skierowałem się w jego kierunku. Wszedłem do przestrzeni zasłoniętej z czterech stron kotarami i zapewne miałem cos w niej uczynić, ale w związku z tym, ze nie byłem w stanie sobie przypomnieć, co wyszedłem z niej jeszcze szybciej niż wszedłem. Po drugiej stronie moja drogę zastąpił wielki wojskowy, i gdyby nie miał taki olbrzymiego zarostu, można by było powiedzieć, uzbrojony po zęby. Odpowiedziałem NO, na parę pytań i wojskowy usunął się z mojej ścieżki, tak błyskawicznie jak się na niej pojawił. Ukradkiem oka zobaczyłem gorliwie gestykulującego Toma. Niewiele myśląc rzuciłem się pomoc towarzyszowi podroży. Jednak zanim wdrożyłem moja myśl w czyn, zobaczyłem jak odprawiający, przed chwila, mnie wojak i ten obsługujący Toma, sięgają za plecy po swoje karabiny. Stanąłem wiec w miejscu, bardziej zaciekawiony niż przestraszony, ale Tomowi widać nie było do śmiechu. Zapadł się jakby w sobie, a biorąc pod uwagę jego ogromny brzuch, było, co najmniej zdumiewające i jak nie pyszny, ostentacyjnie wyrzucił do najbliższego kosza dwie niedopite jeszcze, butelki wspaniałego trunku, z którym już wiązał zapewne jakieś nadzieje na wieczór. Po zacnym Scotchu został nam tylko zapach na naszych ubraniach i pewna niefrasobliwość na punkcie następujących wydarzeń. O kryzysie na giełdzie zapomniałem zupełnie, wiec jeden z głównych celów wakacji został już osiągnięty. 

Po wyjściu z lotniska zaczęły się małe schody. Żaden z języków, którymi w trojkę władaliśmy na nic się zdawał, a wyglądało na to, ze hotel nie podstawił samochodu, którym mieliśmy dojechać na miejsce, a na mapie wyglądało, ze odległość, która mieliśmy jeszcze pokonać jest znaczna, nawet jak na warunki tego wielkiego kraju. Kamila zapewne zmęczona, albo raczej niedopita, odmówiła dalszego załatwiania rzeczy, stwierdzając, ze nie będzie niańkować dwóm moczymordom i to jeszcze w obcym terenie. Zanim jednak wszczęliśmy negocjacje, zakończone zapewne seria rękoczynów, nadjechał jakiś mały autobusik, do którego, nie wiele myśląc Tom zaczął lądować bagaże. Nie wiedzieliśmy, co, kto, gdzie i po co, ale po paru minutach siedzieliśmy już w środku i gnaliśmy po drodze w nieokreślonym kierunku. Kierowca nawet nie spytał, dokąd chcemy jechać, a nam było za dobrze, żeby dociekać. Tom siedzący na przednim siedzeniu, od czasu do czasu jednak pytał: „Goa?” na co kierowca niezmiennie odpowiadał: „Goa! Yes, Yes! 

Gdyby nie fakt, ze pojazd, którym jechaliśmy z zawrotna prędkością, jechał cały czas pod prąd, wyprzedzając i wymijając w opętańczy sposób inne obiekty na drodze, prawie się o nie ocierając, to nie musieliśmy się już niczym martwić, a może po prostu sądziliśmy, że nasze dni są i tak policzone, bo nikt z nas wcześniej nie był uczestnikiem takiej obłąkańczej jazdy. Pewnie następnego dnia w prasie lokalnej, a później może nawet i w prasie nowojorskiej, gdzieś na dwudziestej trzeciej stronie będzie mała wzmianka o trzech amerykańskich turystach, którzy zmarli tragiczną śmiercią w Indiach. Kierowca zatrzymywał się często z piskiem opon, tylko wtedy, kiedy przez ulice przechodziła, krowa, pies albo nawet jaszczurka i czekał spokojnie, kiedy zwierzę umożliwi dalsza jazdę. Kamila, kobieta o słabych nerwach, nie mogąc już znieść szybkości przelatujących za oknem obrazów i świadomości rychłego końca, zapadła w sen na moim ramieniu. Ja od czasu do czasu żałowałem, tej wyrzuconej whisky, bo to był bardzo odpowiedni moment na wypicie strzemiennego, przed udaniem się w astralne rejony. 

Zahipnotyzowani tym, co się działo na około nas, w końcu i Tom i ja zapadliśmy w drzemkę, z którejś, co jakiś czas, silnym uderzeniem w głowę, wyrywała nas twarda podsufitka naszego samochodu, który pewnie w ten właśnie sposób monitorował stan nawierzchni drogi i przekazywał o nim informacje pasażerom. Nie wiedział, że nawierzchnia drogi nie wiele się on od tej na anhattanie. Nawet język, którym się posługują się kierowcy nowojorskich taksówek był często podobny do tego, który słyszeliśmy od czasu do czasu, kiedy nasz kierowca, rozmawiał przez telefon. Po jakiś dwóch godzinach jazdy, tym razem Tom wyrwał mnie z drzemki i spytał: „A gdzie my właściwie jedziemy?”. Pytanie wydało mi się zasadne, ale moje zdziwione oczy, musiały sugerować, że wydziałałem dokładnie tyle, co on. Niechętnie, ale musieliśmy obudzić Kamilę. Tom zadał jej to samo pytanie jeszcze raz, a ona na pół przytomna, z pamięci wyrecytowała nazwę hotelu i dokładny adres. Byliśmy od niego, dosłownie, kilkaset metrów. 

            Wjechaliśmy na teren. „A wiec to tak wygląda raj” pomyślałem. „To przecież oczywiste, że tak się musiała skończyć ta opętańcza jazda.” „Tylko, że przecież ja się tam nie wybierałem” przemknęły mi przez głowę strzępy nieskładnych myśli. W około nas wszystko było czyste i pachnące, wszyscy byli mili, uśmiechnięci i uczynni. Dano nam klucze do pokojów i do sejfów, w których mogliśmy złożyć rzeczy, które najmniej chcieliśmy stracić. Przemiła hinduska, mówiąca pięknym angielskim, ze śpiewnym lokalnym akcentem, zaprowadziła na do jednego z domów, w którym były nasze pokoje. Po drodze oczy moje przykul śliczny maleńki basen, z kryształowo czystym dnem i woda usytuowany tuz pod ogromnym drzewem, obsypanym dużymi białymi kwiatami. Wiedziałem już jak spędzę resztę dnia. Tak pomyślałem, dopóki nie oznajmiono mi, że plaża nad Oceanem Indyjskim graniczy z posiadłością hotelu. Tak, na pewno niechcący dostałem się do raju. 

Hotel Santa Maria składał się z kilkunastu, dwupiętrowych domków, które tworzyły małe kompleksy. Przed każdym takim kompleksem siedział strażnik i się przyglądał. Przyglądał i uśmiechał. O nic nie pytał, a tylko obserwował. Czasami było ich dwóch. Od zdawkowego: „Hellou, nie usłyszałem od nich ani słowa”. Na terenie była masa zieleni, jak się później okazało, trawniki były pielęgnowane praktycznie dniem i nocą. Klientami hotelu byli głownie hindusi, dzięki czemu było cicho, a basen praktycznie zawsze pusty, bo hindusi z definicji czy może przestrzegając zasad swojej religii nie pływają. Czasami tylko stoją sobie w wodzie i przyglądają się nieufnie, co tez wyczyniają te białe istoty, które przyjechały na ich teren. Na terenie była również restauracja, a w cenę naszego abonamentu były wykupione śniadania. Kuchnia serwowała również obiady, ale w wyjątkiem paru razów woleliśmy spenetrować dobrodziejstwa innych miejscowych przybytków kulinarnych. Od pierwszego śniadania, zaserwowanego w hotelowej restauracji, jedzenie było obłędne gdziekolwiek nie poszliśmy. Warunkiem było jednak unikanie miejsc, które były reklamowane w miejscowych przewodnikach nastawionych na zachodnich turystów. Im ciemniejsza, bardziej zapyziała dziura, tym jedzenie było nie tylko smaczniejsze, ale i bardziej fantazyjnie podane. Zapewne w tych momentach Kamila i Tom myśleli, że udało im się włamać do raju, ale ja również byłem zachwycony. Nawet od czasu do czasu, danie z krówki mogłem spożyć. Nie mówiąc o tym, że podawane tam mleko, za którym tęskniłem już od wielu lat, było niepasteryzowane i niehomogenizowane, jak to się czyni już praktycznie w całym zachodnim świecie, a przed spożywaniem, którego przestrzegają wszystkie przewodniki dla białasów.

            Zanim jednak pomyśleliśmy o jedzeniu, trzeba się było zagnieździć. Kamila i ja weszliśmy do dużego, jasnego, jednak dusznego pokoju. Nasza przewodniczka, pomknęła czym prędzej do okien, zamknęła je, i w drodze powrotnej włączyła klimatyzator. Cos wspomniała o bojlerze i użyła tego słowa w jednym zdaniu ze słowem klimatyzator, ale już specjalnie staraliśmy się jej słuchać tym bardziej, że, kto w taki upal używałby bojlera? Zaczęliśmy się rozpakowywać. Parę wizyt u Toma, którego pokój sąsiadował z naszym, w celu rozdania i odebrania różnych rzeczy, które mieliśmy upchane po różnych plecakach, bez poszanowania przynależności do właściciela. U niego było już chłodno, bo jego pokój był mniejszy, a on już rozpakowany i wykapany leżał na łóżku.  Rozkoszował się chłodnym powietrzem z klimy i oglądał w telewizorze jakiś amerykański film sci-fi z lat sześćdziesiątych, tak właśnie manifestując, przeraźliwą nudę, i gotowość do natychmiastowego zrobienia czegoś, czegokolwiek. Czas się było wykapać i ruszyć na podbój terenu, na którym się znaleźliśmy. Wszedłem do łazienki, w której poza muszlą klozetową i maleńką umywalką nic nie było żadnego sprzętu. Nie było wanny, ani nawet odgrodzonego miejsca na prysznic. Tylko kran i dwa kurki. Odkręciłem zimną wodę, dziarsko wszedłem pod strumień. Natychmiast tego pożałowałem. Nie wiem skąd oni brali te wodę, ale swoja temperatura nijak ona nie pasowała, do upału panującego na zewnątrz. Drżąc z zimna włączyłem bojler. Cos zaszumiało, cos się zatrzęsło i przestało dawać oznaki życia. Podobnie zdechło, światło i klimatyzator w pokoju. Jak to Europejczyk naznaczony amerykańska kultura i wymaganiami, Kamila natychmiast pobiegła do recepcji, aby zgłosić problem, domagać się jego rychłego rozwiązania i surowego ukarania winnych. Okazało się, ze prąd padł nie tylko w naszym pokoju, i nawet nie tylko w naszym budynku, ale na terenie całego hotelu, a może i jeszcze dalej. Nikt nie wiedział ile potrwa naprawa, ani czy w ogóle ktoś to naprawi, ale rozmowa była przeprowadzona raczej w stylu: „niech się państwo nie martwią. Wszystko będzie dobrze. Tak?” Postanowiliśmy wiec iść na plaże na brudasa i tam zmyć z siebie kurz zachodniej cywilizacji. Kiedy wróciliśmy do pokoju, znowu było chłodno i przyjemnie. Nie wiem czy to włączenie, przeze mnie bojlera było przyczyna padu prądu, czy tylko zbiegiem okoliczność, ale jak się później okazało, takie rzeczy są w Indiach na porządku dziennym. Prąd jest mniej lub bardziej nielegalnie dzielony miedzy wszystkich, którzy potrafią się podłączyć do kabla czy transformatora stacji rozdzielczej, albo przekupić pracownika miejscowej firmy dostarczającej prąd, by to za nich zrobił. Fragmenty linii energetycznej są przeciążone praktycznie o każdej porze dnia i nocy i z przerwami w dostawie prądu można się liczyć w każdym momencie. Jak się okazało, w naszym hotelu, prądu nie było jeszcze do wieczora, ale tylko nasz budynek i restauracja zostały podłączone pod dodatkowe generatory, zapewne w trosce o niesfornych gości z Zachodu. Nie tylko byliśmy w niebie, ale nawet byliśmy pod opieką aniołów.
           
 

1 comment: